Wieczór w małym miasteczku na obrzeżach miasta zawsze wydawał się inny – ciszej, jakby czas zwalniał, dając przestrzeń na sekrety, które nigdy nie wychodzą na światło dzienne. Anna, trzydziestoletnia nauczycielka matematyki w lokalnej szkole, właśnie kończyła przygotowywać lekcję. Jej mieszkanie, skromne i ascetyczne, pachniało świeżo parzoną herbatą i lekkim aromatem lawendowego mydła. Była sama, jak zwykle, w weekendy. Mężczyzna, którego kochała, odszedł dwa lata temu, zostawiając po sobie pustkę, którą wypełniała rutyną. Ale dziś coś było inaczej. W jej głowie krążyła obsesyjna myśl: 3,6 sekundy. To był czas reakcji na bodziec, o którym czytała w podręczniku psychologii. Czas, w którym ciało decyduje, czy uciekać, czy walczyć… czy oddać się chwili.

Siedziała przy biurku, długie brązowe włosy opadające na ramiona, gdy drzwi wejściowe zaskrzypiały. Zaniepokoiła się, ale to był on – Marek, jej sąsiad z naprzeciwka, mechanik o silnych dłoniach pokrytych tatuażami i uśmiechu, który zawsze wydawał się obietnicą czegoś zakazanego. Przyjaciel, czasem więcej, ale nigdy nie przekroczyli granicy. Dzisiaj przyszedł z butelką wina, pretekstem do rozmowy.

– Cześć, Anna. Widziałem światło, pomyślałem, że może… pogadamy? – Jego głos był niski, ciepły, z lekkim chropowatym akcentem, który zawsze przyspieszał jej tętno.

Skinęła głową, gestem zapraszając go do środka. Usiedli na kanapie w salonie, wino lało się do kieliszków, a rozmowa płynęła leniwie – o pracy, o nudzie codzienności. Ale pod powierzchnią czaiło się napięcie. Marek siedział blisko, zbyt blisko; zapach jego skóry, mieszanka potu po całym dniu w warsztacie i męskiego dezodorantu, drażnił jej nozdrza. Anna czuła, jak jej policzki rumienią się lekko, gdy jego kolano otarło się o jej udo. To był subtelny dotyk, przypadkowy, ale wystarczający, by w jej umyśle rozbłysła ta liczba: 3,6 sekundy. Czas na reakcję.

– Wiesz, ostatnio czytałam o tym, ile czasu potrzebuje mózg, by zareagować na… coś – powiedziała cicho, unikając jego wzroku, obracając kieliszek w dłoniach. Jej palce drżały minimalnie, a serce biło szybciej, jakby antycypowało burzę.

– Na co? Na pocałunek? – odparł żartobliwie, ale w jego oczach błysnęło coś głębszego. Przesunął się bliżej, jego ramię musnęło jej bark. Ciepło jego ciała przenikało przez cienką bawełnę jej bluzki, budząc mrowienie na skórze.

Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego podniosła wzrok, ich spojrzenia spotkały się. 3,6 sekundy – to wszystko, co minęło, zanim jej usta znalazły jego. Pocałunek był delikatny na początku, eksplorujący, jak testowanie wód. Jego wargi były ciepłe, lekko szorstkie od zarostu, smak wina mieszał się z czymś bardziej pierwotnym. Anna poczuła, jak jej ciało budzi się, sutki twardnieją pod stanikiem, a między udami narasta lekki, ciepły puls.

– Anna… – wyszeptał, gdy oderwali się na moment, jego oddech gorący na jej szyi. – Chciałem cię od miesięcy.

Jego dłonie powędrowały na jej talię, palce wsuwające się pod brzeg bluzki, dotykając nagiej skóry. Było to powolne, świadome – każdy centymetr jej ciała budził się pod jego dotykiem. Zdjęła bluzkę, odsłaniając bladą skórę i prosty, czarny stanik, który ledwo powstrzymywał jej pełne piersi. Marek patrzył, jakby był głodny, jego oczy ciemniały z pożądania. Pocałował jej szyję, schodząc niżej, do obojczyka, gdzie skóra była wrażliwa, a każdy pocałunek wysyłał iskry prosto do jej rdzenia.

– Jesteś piękna – mruknął, zsuwając ramiączka. Jej piersi uwolniły się, sutki sterczące, różowe i napięte. Wziął jeden do ust, ssąc delikatnie, język krążący wokół brodawki. Anna jęknęła cicho, jej dłonie wplatały się w jego krótkie, ciemne włosy. Czuła wilgoć między nogami, materiał majtek przylegał do wilgotnych warg sromowych, pulsując w rytm jego ruchów.

Napięcie rosło stopniowo, jak fala. Marek podniósł ją, niosąc do sypialni, gdzie łóżko czekało, pościel świeża i chłodna w kontraście do ich rozgrzanych ciał. Położył ją na plecach, zdejmując resztę ubrań – jej spódnica zsunęła się po długich nogach, odsłaniając czarne stringi, wilgotne w kroku. On pozbył się koszuli, ukazując umięśniony tors, pokryty bliznami z warsztatu, i spodni, spod których wyłonił się jego penis – gruby, żylasty, już półtwardy, z lekkim połyskiem preejakulatu na żołędzi.

– Chcę cię poczuć – powiedziała, głos drżący od antycypacji. Wyciągnęła rękę, obejmując jego członka, palce ślizgające się po gładkiej skórze trzpienia. Był ciepły, pulsujący, a w dotyku twardniał, nabrzmiewając pod jej dłonią. Marek westchnął, jego biodra drgnęły instynktownie.

– Powoli… – szepnął, ale jego oczy mówiły co innego. Pocałował ją głęboko, język wdzierający się do jej ust, eksplorujący, smak jej śliny mieszający się z jego. Jednocześnie jego palce powędrowały między jej uda, muskając przez materiał. Czuła, jak delikatnie naciska na łechtaczkę przez stringi, krążąc, budząc fale przyjemności. Wilgoć przesiąkała tkaninę, zapach jej podniecenia – lekki, musky – wypełniał powietrze.

Zsunął jej majtki, odsłaniając gładko ogoloną cipkę, wargi nabrzmiałe, różowe i błyszczące od soków. Jego palec wsunął się powoli, eksplorując wilgotne wnętrze, czując, jak ścianki pochwy zaciskają się wokół niego. Anna wygięła się, jękając głośniej, jej biodra poruszały się w rytm jego ruchów.

– Jesteś taka mokra… dla mnie – mruknął, dodając drugi palec, rozciągając ją delikatnie. Dźwięk – wilgotne mlaskanie – mieszał się z jej przyspieszonym oddechem. Smak jej skóry na jego ustach był słony, podniecający.

Napięcie budowało się warstwa po warstwie. Marek ukląkł między jej nogami, jego penis teraz w pełni勃起, głowa ocierająca się o jej wejście. 3,6 sekundy – tyle wystarczyło, by poczuła, jak wsuwa się w nią, centymetr po centymetrze. Było to powolne, torturujące: szeroka żołądź rozsuwała wargi sromowe, trzon wypełniał ją, naciskając na wrażliwe punkty wewnątrz. Poczuła każdy szczegół – żyły pulsujące w niej, ciepło jego ciała, ciężar jego bioder na jej udach.

– O Boże, Marek… jesteś taki duży – jęknęła, paznokcie wbijające się w jego plecy. On ruszył, najpierw wolno, głębokie pchnięcia, które sprawiały, że jej piersi falowały, sutki ocierające się o jego klatkę. Zapach potu mieszał się z jej wilgocią, dźwięki ich ciał – klaskanie skóry o skórę – wypełniały pokój.

Szybkość narastała. Jego ruchy stały się twardsze, bardziej dominujące; chwycił jej biodra, wbijając się głęboko, trafiając w punkt G z każdym pchnięciem. Anna czuła, jak orgazm buduje się w niej, napięcie w podbrzuszu, gorąco rozlewające się po całym ciele. Dialogi stały się bardziej surowe, wulgarne, gdy namiętność przejęła kontrolę.

– Pieprz mnie mocniej… tak, do cholery, właśnie tam! – krzyknęła, jej głos łamiący się od rozkoszy. Marek przyspieszył, jego jądra obijające się o jej pośladki, penis ślizgający się w jej ciasnej, mokrej cipce.

– Jesteś taka ciasna, kurwa… ssiesz mnie całego – warknął, pot spływający po jego torsie, krople lądujące na jej skórze. Kulminacja nadeszła falą: Anna doszła pierwsza, jej pochwa zacisnęła się wokół niego w konwulsjach, soków tryskających, wilgoć spływająca po udach. Krzyknęła, fale ekstazy wstrząsające ciałem, palce gryzące w pościel. Marek podążył za nią, pchnięcia stające się chaotyczne, aż wystrzelił w niej – gorące strumienie spermy wypełniające jej wnętrze, wyciekające na zewnątrz, mieszające się z jej sokami.

Upadli obok siebie, dysząc, ciała śliskie od potu. 3,6 sekundy – tyle wystarczyło, by zmienić wszystko. Anna leżała z głową na jego piersi, słuchając bicia jego serca, które powoli zwalniało. Czy to był początek, czy tylko chwilowa eksplozja? W mroku sypialni nie było odpowiedzi, tylko echo ich oddechów i obietnica, że jutro reakcja może być inna.