Deszcz lał się strumieniami po szybach zaparkowanego samochodu, tworząc gęstą, rozmazaną zasłonę między światem zewnętrznym a intymnością w środku. Parking podziemny galerii handlowej był prawie pusty o tej porze – późne popołudnie, szare niebo, które zdecydowało się zalać miasto ulewą. Anna i Marek siedzieli na przednim siedzeniu jego starego sedana, udając, że czekają, aż deszcz trochę osłabnie. Byli razem od kilku miesięcy, ale to był ich pierwszy raz, kiedy napięcie między nimi stało się nie do zniesienia. Ona – dwudziestodwuletnia studentka z burzą kasztanowych włosów i ciałem, które jeszcze nie do końca straciło dziewczęcą smukłość, ale już nabrało krągłości w biodrach i piersiach. On – rok starszy, z lekkim zarostem i dłońmi mechanika, które pachniały olejem i ciepłem skóry.
Siedzieli blisko, ramiona ocierające się o siebie przy każdym ruchu. Radio cicho grało jakąś starą balladę, ale żadne z nich nie słuchało słów. Deszcz bębnił o dach jak natarczywy rytm, a w oddali słychać było sporadyczne szumy samochodów wjeżdżających na parking. Anna spojrzała na Marka, jej policzki lekko zarumienione – nie tylko od ciepła w aucie, ale od myśli, które krążyły w jej głowie od rana. Spotkali się przypadkiem w galerii, szybko zjedli lunch, a teraz… teraz po prostu nie chcieli wracać do rzeczywistości.
– Deszcz nie przestanie – mruknęła, przesuwając dłonią po jego udzie, niby przypadkiem. Jej palce zadrżały lekko na szorstkiej tkaninie spodni.
Marko odwrócił głowę, jego oczy błyszczały w półmroku. Uśmiechnął się powoli, kciukiem muskając jej kolano.
– To poczekamy. Nie spieszy mi się nigdzie.
To był początek. Subtelny, jak delikatny dotyk deszczu na skórze. Anna poczuła, jak serce bije jej szybciej, a w brzuchu rośnie ciepłe mrowienie. Nigdy nie robili nic poza pocałunkami i pieszczotami pod ubraniem – zawsze w jej małym pokoju, z drzwiami zamkniętymi na klucz. Ale tu, na publicznym parkingu, z ludźmi, którzy mogli w każdej chwili przejść obok… to dodawało wszystkiemu ostrości. Wyobrażała sobie, jak ktoś ich zauważy, jak świat zewnętrzny wtargnie w ich chwilę. To ją przerażało i jednocześnie podniecało.
Marko pochylił się bliżej, jego oddech ciepły na jej szyi. Pocałował ją delikatnie, najpierw w kącik ust, potem głębiej, wsuwając język, smakujący kawą z lunchu. Jej ręce powędrowały na jego klatkę, czując, jak pod koszulką napinają się mięśnie. Deszcz przybierał na sile, zagłuszając ich ciche westchnienia. Anna przesunęła dłoń niżej, po jego brzuchu, zatrzymując się na pasku spodni. Czuła, jak pod materiałem twardnieje jego podniecenie – delikatny zarys, który sprawił, że jej cipka zacisnęła się w oczekiwaniu.
– Marku… – wyszeptała, odrywając się na chwilę od pocałunku. Jej głos drżał, mieszanka strachu i pożądania. – A jeśli ktoś nas zobaczy? Parking jest otwarty.
– Nikt nie patrzy – odparł, jego dłoń już na jej udzie, powoli sunąca w górę, pod spódnicę. – Deszcz wszystko ukrywa. Chcę cię, Aniu. Tutaj.
Słowa zawisły w powietrzu jak iskra. Anna poczuła, jak jej bielizna wilgotnieje, a sutki twardnieją pod bluzką. Pozwoliła, by jego palce dotarły do krawędzi majtek, delikatnie je odsunęły. Dotknął jej wilgotnych warg sromowych, muskając łechtaczkę – lekkie, okrężne ruchy, które wysłały fale gorąca przez jej ciało. Pachniało deszczem i jej podnieceniem, słodkawym, ziemistym aromatem, który mieszał się z jego męskim zapachem. Jęknęła cicho, przysuwając się bliżej, jej dłoń wreszcie odważnie chwyciła jego kutasa przez spodnie – twardy, pulsujący, gotowy.
Przesunęli się na tylne siedzenie, nie przerywając dotyku. Samochód zakołysał się lekko, ale deszcz zagłuszał wszystko. Anna rozpięła jego spodnie, wysuwając penisa – gruby, z nabrzmiałą główką, żyłami nabrzmiałymi pod skórą. Dotknęła go opuszkami palców, czując aksamitną gładkość i ciepło. Marko sapnął, jego ręce podciągnęły jej bluzkę, odsłaniając piersi w czarnym staniku. Rozpiął go z wprawą, biorąc sutek do ust – lizał, ssąc delikatnie, a potem mocniej, aż zabolało w sposób, który sprawił, że jej biodra uniosły się mimowolnie.
– Jesteś taka mokra – mruknął, wsuwając palec w jej cipkę, czując, jak ścianki zaciskają się wokół niego, gorące i śliskie. – Pierwszy raz… przy ludziach. Lubisz to, co?
– Tak… boję się, ale… nie przestawaj.
Napięcie rosło z każdą chwilą. Deszcz bębnił coraz głośniej, a w oddali rozległ się klakson – jakiś kierowca sygnalizował komuś, przechodząc obok ich auta. Serce Anny stanęło na moment. Zamarli, nasłuchując kroków na mokrym betonie. Ktokolwiek to był, przeszedł obok, nie zwracając uwagi. Ale to wystarczyło – adrenalina wstrzyknęła w ich żyły ogień. Marko przycisnął ją do siedzenia, jego palce poruszały się szybciej, dwa teraz, rozciągając jej wejście, masując wnętrze. Anna gryzła wargę, by nie krzyczeć, jej dłoń na jego kutasie poruszała się w rytm – w górę i w dół, ściskając, drażniąc żołądź kciukiem, czując wilgoć preejakulatu na opuszkach.
– Chcę cię w sobie – wyszeptała, jej głos ochrypły od podniecenia. – Teraz. Weź mnie.
Marko nie czekał. Przesunął się, klękając na siedzeniu, podciągając jej spódnicę do pasa. Odsunął majtki na bok, a ona rozchyliła nogi szerzej, wystawiając się – różowe wargi wilgotne, łechtaczka nabrzmiała, wejście błyszczące od soków. Wsunął się powoli, centymetr po centymetrze, czując, jak jej cipka opiera się na chwilę, a potem przyjmuje go całego – ciasna, gorąca, pulsująca. Jęknęli jednocześnie, jego biodra zaczęły się poruszać, najpierw wolno, głęboko, by poczuć każdy szczegół: jej ścianki masujące trzon, główkę docierającą do najgłębszego punktu.
Deszcz lał się jak szaleńczy, a oni ruchali się coraz mocniej. Anna owinęła nogi wokół jego talii, paznokcie wbijając w plecy przez koszulkę. Każdy pchnięcie wysyłało fale rozkoszy – dotyk jego jajek o jej pośladki, mokry chlupot ich ciał, zapach potu i seksu wypełniający auto. Klakson rozległ się znowu, bliżej tym razem – jakiś samochód manewrował na parkingu, światła reflektorów przetnęły ciemność na moment, oświetlając ich sylwetki. Nie zatrzymali się. To tylko podkręciło tempo.
– Kurwa, Aniu, jesteś taka ciasna… – wysapał Marko, jego ruchy stały się brutalniejsze, biodra uderzające o jej z hukiem. – Czujesz to? Jak cię wypełniam?
– Tak… mocniej, pieprz mnie mocniej! – Jej głos był już wulgarny, napięcie prysnęło, zastąpione czystym, zwierzęcym pożądaniem. Cipka zaciskała się wokół niego, sokami spływającymi po udach, sutki ocierające się o jego klatkę z każdym pchnięciem.
Kulminacja nadeszła jak burza – Marko przyspieszył, wbijając się głęboko, jego kutasa pulsującego w niej. Anna doszła pierwsza, jej ciało drżące, cipka konwulsyjnie ściskająca go, sokami zalewająca siedzenie. Krzyknęła cicho, gryząc jego ramię, by stłumić dźwięk. On podążył za nią, wytryskując gorącymi strumieniami spermy w jej wnętrze – czując, jak wypełnia ją, cieplej i lepko, mieszając się z jej wilgocią.
Opadli na siebie, dysząc ciężko. Deszcz słabł, a parking ożywał – kroki, rozmowy, inny klakson w oddali. Anna poczuła mieszankę euforii i wstydu, jej ciało jeszcze drżące od orgazmu, sperma wyciekająca powoli między udami. Marko pocałował ją w czoło, poprawiając ubrania.
– To było… niesamowite – mruknął. – Pierwszy raz taki.
– Ale nie ostatni – odparła z uśmiechem, choć w głowie kołatała myśl: co jeśli ktoś słyszał? Widział? To uczucie ryzyka, tej publicznego ekscesu, wryło się w nią głęboko. Wiedziałe, że będą chcieli więcej. Deszcz przestał padać, ale burza w nich dopiero się zaczynała.