Piwnica bez prądu – tylko oddech i siła

Ciemność w piwnicy była gęsta, jakby ktoś wylał smołę na betonową podłogę i pozwolił jej stwardnieć. Prąd wyłączył się godzinę temu – burza za oknem szalała, a oni, Anna i Marek, utknęli w tym ciasnym, wilgotnym schronieniu pod starą kamienicą. Anna siedziała na skrzyni z narzędziami, jej dżinsy obcisłe na udach, bluzka lekko wilgotna od potu po schodzeniu po stromych schodach. Wiedziała, że Marek jest blisko – czuła jego obecność w ciemności, ciepło jego ciała, które zdawało się pulsować w tej bezlitosnej ciszy. Tylko ich oddechy wypełniały przestrzeń: jej płytki, nerwowy, jego głęboki, kontrolowany, jak u drapieżnika wyczekującego chwili.

– Cholera, ten prąd musi wrócić – mruknęła Anna, próbując brzmieć nonszalancko, ale jej głos drżał lekko. W głowie kłębiły się myśli: burza, ulewa, a oni sami w tym lochu. Zawsze była ostrożna, ale teraz, w tej izolacji, coś w niej budziło się nieoczekiwanie. Adrenalina? Strach? A może to jego bliskość, ten zapach męskiego potu zmieszany z wilgocią piwnicy.

Marek stał oparty o ścianę kilka kroków dalej, jego sylwetka ledwo widoczna w mdłym świetle błyskawic, które co chwilę rozświetlały kraty wysokiego okienka. Był silny, z ramionami napiętymi pod cienką koszulką, dłońmi, które znała z dotyku – szorstkie, pewne. Burza wyrwała ich z rutyny wieczoru; on chciał tylko naprawić starą lodówkę w piwnicy, ona zeszła za nim z latarką. Teraz latarka zgasła, bateria padła, i byli zdani na siebie.

– Nie wróci tak szybko – odparł cicho, jego głos niski, wibrujący w ciemności. – Ale nie bój się, Anno. Jesteśmy tu sami. Tylko my i ta cisza.

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak wilgoć na ścianach. Anna poczuła dreszcz – nie od chłodu, choć piwnica była chłodna, betonowa, z zapachem stęchlizny i rdzy. To było coś innego: antycypacja, subtelna iskra, która zapaliła się w jej brzuchu. Przesunęła się na skrzyni, jej uda ocierały się o siebie, materiał dżinsów szorstki na skórze. Wyobraziła sobie jego ręce – te same, które kiedyś delikatnie gładziły jej plecy – teraz mocniejsze, bardziej natarczywe. Dlaczego ta myśl ją podniecała? Zawsze była tą spokojną, tą, która unika ryzyka. Ale tu, w tej piwnicy bez prądu, reguły zdawały się znikać.

Marek zrobił krok bliżej. Usłyszała szelest jego butów po betonie, potem ciepło jego ciała, gdy stanął tuż przed nią. Wyciągnął rękę, dotknął jej kolana – lekki, eksplorujący dotyk, jakby testował granice. Skóra pod jej dżinsami zapiekła od tego prostego gestu, a ona nie cofnęła nogi.

– Co robisz? – szepnęła, ale w jej głosie nie było protestu, tylko ciekawość zmieszana z napięciem. Serce biło jej szybciej, oddech stał się płytszy, wypełniając piwnicę rytmicznym hałasem.

– Tylko sprawdzam, czy jesteś ciepła – mruknął, jego palce sunęły wyżej, po wewnętrznej stronie uda. Czuła szorstkość jego skóry, ciepło przebijające materiał. – Ta burza… czyni wszystko intensywniejszym. Czujesz to?

Kiwnęła głową, choć nie widział. Tak, czuła. Powietrze gęstniało, ich oddechy mieszały się, tworząc intymną mgłę. Anna pochyliła się lekko, jej dłoń znalazła jego ramię – twarde, napięte mięśnie pod palcami, jak stal pod skórą. To dotknięcie wysłało falę ciepła w dół jej ciała, do miejsca między nogami, gdzie czuła pierwsze, subtelne pulsowanie. Zapach jego skóry – słony, męski – mieszał się z wilgocią piwnicy, tworząc coś pierwotnego, dzikiego.

Powoli, jakby bojąc się spłoszyć moment, Marek pochylił się i pocałował ją. Jego usta były gorące, wilgotne, smagane oddechem burzy. Język musnął jej wargi, delikatnie, ale z obietnicą siły. Anna otworzyła usta, wpuszczając go, czując smak jego śliny – lekko gorzki, jak kawa, którą pili wcześniej. Jej ręce wplotły się w jego włosy, ciągnąc lekko, gdy pocałunek pogłębił się, stając się głodny, natarczywy. Czuła, jak jej sutki twardnieją pod bluzką, ocierając się o koronkę stanika, a wilgoć gromadzi się w majtkach, przylepiona do delikatnej skóry.

– Marek… to szaleństwo – wyszeptała, gdy oderwał się na moment, jego oddech gorący na jej szyi. Ale jej ciało mówiło co innego – biodra uniosły się lekko, szukając bliższego kontaktu.

– Szaleństwo? – zaśmiał się cicho, jego dłoń wsunęła się pod bluzkę, palce muskające jej brzuch, potem wyżej, do żeber. – To siła, Anno. Ta burza nas tu zamknęła, ale ja chcę cię tu, teraz. Bez świateł, bez świata. Tylko oddech i siła.

Jego słowa rozlały się po niej jak ciepło, budząc pragnienie. Anna poczuła, jak jej cipka wilgotnieje bardziej, gorąca i napięta, pulsująca w rytm serca. Marek pociągnął za jej bluzkę, zrywając guziki – jeden po drugim, z cichym trzaskiem w ciemności. Jej piersi wyskoczyły na wolność, ciężkie, z sutkami sterczącymi jak koraliki, wrażliwymi na chłodne powietrze piwnicy. Jego usta znalazły jeden z nich, ssąc mocno, język wirujący wokół brodawki, przygryzając delikatnie, aż jęknęła.

– O Boże… – jęknęła, jej ręce zacisnęły się na jego ramionach, paznokcie wbijające się w skórę. Czuła ból pomieszany z rozkoszą, iskry rozchodzące się po całym ciele. Zapach jej własnej podniecenia unosił się w powietrzu – słodkawy, wilgotny – mieszając się z jego potem.

Marek nie czekał dłużej. Jego ręce zsunęły jej dżinsy w dół, szarpiąc brutalnie, ale z kontrolą, odsłaniając bladą skórę ud, czarną koronkę majtek przesiąkniętą wilgocią. Anna pomogła, podnosząc biodra, czując chłód betonu na pośladkach, gdy materiał zsunął się całkowicie. Była naga od pasa w dół, jej cipka rozchylona lekko, łechtaczka nabrzmiała, błyszcząca od soków. Marek uklęknął, jego oddech gorący na wewnętrznej stronie ud, potem bliżej, muskający jej srom.

– Jesteś taka mokra… – mruknął, jego palce rozchyliły wargi sromowe, delikatnie na początku, eksplorując wilgotne fałdy. Wsunął jeden palec, powoli, czując, jak jej ścianki zaciskają się wokół niego, gorące i ciasne. Anna westchnęła, biodra uniosły się, szukając więcej. – Kurwa, Anno, jesteś stworzona do tego.

Wulgarność jego słów uderzyła ją jak błyskawica, podniecając, burząc resztki oporu. Drugi palec dołączył, pchnięcie głębsze, zakrzywione, trafiające w punkt G – tam, gdzie czuła eksplozję rozkoszy, wilgoć spływającą po jego dłoni. Dźwięk – mokre mlaskanie – wypełnił piwnicę, mieszając się z jej jękami i hukiem gromu na zewnątrz. Smak soli na ustach, gdy przygryzła wargę, zapach piwnicy nasycony ich pożądaniem.

– Weź mnie… proszę – błagała, jej głos drżący, ręce ciągnące go w górę. Marek wstał, zdejmując koszulkę jednym ruchem, odsłaniając umięśniony tors, pokryty lekkim potem, który lśnił w przebłyskach błyskawic. Jego spodnie opadły, penis wyskoczył na wolność – gruby, żylasty, z główką nabrzmiałą, błyszczącą od preejakulatu. Anna poczuła głód, sięgnęła dłonią, owijając palce wokół trzonu, czując pulsowanie, ciepło skóry, twardość jak stal. Głaskała go powoli, od nasady po czubek, kciukiem rozmazując wilgoć, słysząc jego westchnienie.

– Chcesz to ostro? – zapytał, głos chrapliwy, oczy błyszczące w półmroku. – Bo ja nie będę delikatny.

– Tak… ostro – wyszeptała, napięcie w niej rosło, cipka pulsowała pustką, gotowa.

Marek chwycił ją za biodra, obracając brutalnie, by uklękła na skrzyni, tyłem do niego. Jej pośladki uniosły się, rozchylone, wilgotna szparka wystawiona. Czuła jego ręce – silne, miażdżące, zostawiające czerwone ślady na skórze. Penis oparł się o jej wejście, główka ślizgająca się po wilgotnych wargach, drażniąca łechtaczkę. Potem pchnięcie – jedno, głębokie, wbijające się w nią po same jądra. Anna krzyknęła, ból mieszał się z rozkoszą, jej ścianki rozciągnięte wokół jego grubości, czując każdą żyłę, każdy centymetr wypełniający ją całkowicie.

– Kurwa, jaka ciasna… – warknął, ręce zaciskające się na jej biodrach, paznokcie wbijające się w skórę. Zaczął ruchiwać – mocno, rytmicznie, biodra uderzające o jej tyłek z plaśnięciem, echo w piwnicy jak grzmot. Jej piersi kołyszą się, sutki ocierające się o chropowatą skrzynię, sending fale rozkoszy. Czuła, jak on wdziera się głębiej, główka uderzająca o szyjkę macicy, soków spływających po udach, zapach seksu ciężki, animalistyczny.

– Mocniej… pieprz mnie mocniej! – jęknęła, jej głos przesycony wulgarnością, pasujący do tej brutalnej fuzji. Marek przyspieszył, jedna dłoń w jej włosach, ciągnąc głowę do tyłu, druga klepiąca po pośladku – ostry, czerwony ślad, który palił, podniecając. Ich oddechy – ciężkie, urywane – jedyne światło w ciemności, pot spływający po plecach, smak krwi na wardze, gdy przygryzła się zbyt mocno.

Kulminacja nadchodziła falami. Anna poczuła, jak napięcie w cipce rośnie, ścianki zaciskające się wokół jego kutasa, pulsujące. On ryczał, pchnięcia stawały się chaotyczne, brutalne, aż eksplodował – gorący strumień nasienia wypełniający ją, spływający po udach. Jej orgazm uderzył chwilę później, ciało drżące, mięśnie kurczące się w spazmach, krzyk rozdzierający ciszę piwnicy. Błyskawica oświetliła ich na moment – splątane, spocone, w kałuży wilgoci na betonie.

Gdy opadli, dysząc, Marek objął ją od tyłu, jego penis wciąż półtwardy w niej, pulsujący resztkami. Burza słabła na zewnątrz, ale w piwnicy napięcie wisiało – ciężkie, spełnione, ale z obietnicą powrotu.

– Tylko oddech i siła – szepnął, całując jej kark. Anna uśmiechnęła się w ciemności, wiedząc, że prąd może wrócić, ale oni już nigdy nie będą tacy sami. Coś w tej nocy złamało ich, i ukształtowało na nowo.