Wieczór w małym, przytulnym mieszkaniu na obrzeżach miasta był cichy, przerywany tylko odległym szumem samochodów i delikatnym tykaniem zegara na ścianie. Anna stała przy oknie, patrząc na deszczowe krople spływające po szybie, jej dłonie nerwowo splatały się na brzuchu. Miała dwadzieścia osiem lat, smukłą sylwetkę o krągłościach, które podkreślała prosta, czarna sukienka – ta sama, w której przyszła na tę kolację. Jej długie, kasztanowe włosy opadały luźno na ramiona, a usta, pełne i naturalnie różowe, nerwowo gryzła dolną wargę. Nie wiedziała, dlaczego zgodziła się na tę randkę z Tomkiem – kolegą z pracy, który zawsze wydawał się zbyt pewny siebie, zbyt intensywny. Ale coś w jego spojrzeniu, w tym subtelnym uśmiechu podczas przerw na kawę, pociągało ją nieodparcie.
Tomek siedział na kanapie, popijając wino z kieliszka. Był wyższy od niej, z atletyczną budową ciała wyrobioną na siłowni, krótkimi, ciemnymi włosami i oczami, które wydawały się przebijać na wylot. Ubrany w luźną koszulę i spodnie, rozsiadł się wygodnie, obserwując ją z ukrytą ciekawością. Kolacja minęła na lekkich rozmowach – o pracy, o filmach, o tym, jak deszcz psuje plany na weekend. Ale pod powierzchnią czaiło się napięcie, jak elektryczny prąd czekający na iskrę. Anna czuła to w każdym spojrzeniu, w sposobie, w jaki jego palce muskały brzeg kieliszka, przypominając o dotyku, którego jeszcze nie doświadczyła.
– Podoba ci się tu? – zapytał cicho, odstawiając kieliszek. Jego głos był niski, ciepły, z lekką chrypką, która sprawiała, że jej skóra mrowiła.
– Jest… przytulnie – odparła, odwracając się od okna. Podeszła bliżej, siadając na brzegu kanapy obok niego. Ich kolana musnęły się przypadkiem, a ona poczuła falę ciepła rozlewającą się po udach. – Deszcz sprawia, że wszystko wydaje się bardziej intymne, nie sądzisz?
Uśmiechnął się, przesuwając dłonią po oparciu kanapy, tak blisko jej ramienia, że poczuła jego ciepło. – Intymne. Lubię to słowo. A ty? Co cię kręci w takich wieczorach?
Jej serce zabiło szybciej. Nie była pewna, czy to flirt, czy coś więcej, ale jego bliskość budziła w niej wspomnienia samotnych nocy, kiedy wyobrażała sobie silne ręce obejmujące jej talię. Powietrze między nimi gęstniało, pachniało winem i jego wodą kolońską – świeżą, męską nutą cedru i piżma. Anna przełknęła ślinę, jej usta stały się suche, a w głowie kłębiły się obrazy, których nie śmiała wypowiedzieć.
– Ja… lubię bliskość – szepnęła, jej głos drżał lekko. – Kiedy ktoś patrzy na ciebie tak, jakbyś była jedyną osobą na świecie.
Tomek nachylił się bliżej, jego oddech musnął jej ucho. – To właśnie robię, Aniu. Patrzę na ciebie. Na twoje usta.
Słowa zawisły w powietrzu jak obietnica. Anna poczuła, jak jej policzki płoną, a w dole brzucha budzi się znajome mrowienie. Powoli uniosła wzrok, spotykając jego spojrzenie – ciemne, głodne, ale jeszcze powściągliwe. Jego palce delikatnie musnęły jej dłoń, przesuwając się w górę ramienia, zostawiając ścieżkę gorąca na skórze. Nie spieszył się, pozwalając napięciu rosnąć, jak powolne nagrzewanie się wody w garnku. Ona nie cofnęła się; zamiast tego, jej ciało instynktownie pochyliło się ku niemu, a usta rozchyliły się lekko, jakby zapraszając.
Ich pierwszy pocałunek był miękki, eksplorujący – jego wargi musnęły jej delikatnie, smakując wino i słodycz jej szminki. Anna westchnęła cicho, jej dłonie wylądowały na jego klatce piersiowej, czując twardość mięśni pod koszulą. Język Toma wsunął się głębiej, badając jej jamę ustną z powolną, zmysłową precyzją, a ona odpowiedziała, ssąc lekko jego dolną wargę. Zapach deszczu z okna mieszał się z ich oddechami, tworząc intymną mgiełkę. Napięcie rosło; jego ręce zsunęły się na jej talię, przyciągając ją bliżej, a ona poczuła twardniejącą wypukłość w jego spodniach, wciskającą się w jej udo. To było elektryzujące – subtelne tarcie, które wysyłało iskry po jej kręgosłupie.
– Chcę cię dotknąć… naprawdę – mruknął, odrywając się na moment, jego głos chrapliwy od pożądania.
Anna kiwnęła głową, jej oddech przyspieszony. Wstała, ciągnąc go za rękę do sypialni, gdzie światło lampki rzucało złote cienie na łóżko. Tam, stojąc twarzą do niego, powoli zsunęła ramiączka sukienki, odsłaniając blade ramiona i koronkowy stanik opinający pełne piersi. Tomek patrzył, jego oczy ciemniały z pożądania, a ręce drżały lekko, gdy sięgnął po guziki koszuli. Zdjął ją, ukazując umięśniony tors – gładką skórę, z lekkim owłosieniem na piersi, które prowadziło wzrok w dół. Spodnie opadły następne, a Anna zamarła na widok jego podniecenia: penisa, półtwardego jeszcze, ale rosnącego pod wpływem jej spojrzenia, z żyłami pulsującymi pod skórą, główką nabrzmiałą i wilgotną od pierwszej kropli preejakulatu.
– Jesteś piękna – powiedział, przyciągając ją do siebie. Ich ciała zetknęły się nago, skóra na skórze – jej miękkie krągłości przeciw jego twardości. Pocałunki stały się głębsze, bardziej natarczywe; jego dłonie wędrowały po jej plecach, schodząc niżej, do pośladków, które ścisnął mocno, wywołując jej jęk.
Upadli na łóżko, on na plecach, ona na nim okrakiem. Anna czuła wilgoć między udami, jej sutki stwardniały, ocierając się o jego klatkę. Zaczęła całować jego szyję, schodząc w dół – po obojczykach, po mięśniach brzucha, czując, jak jego skóra smakuje solą i potem. Antycypacja budowała się w niej jak fala; zapach jego podniecenia, muskający nozdrza, był pierwotny, męski. Tomek jęknął cicho, gdy jej usta znalazły się blisko pępka, a jej dłonie rozchyliły jego uda.
– Aniu… tak – wyszeptał, jego głos drżał.
Zatrzymała się na moment, patrząc na jego członka – teraz w pełni wzwiedzionego, długiego, grubego, z żołędzią lśniącą w świetle. Powoli pochyliła się, jej oddech musnął skórę, wywołując dreszcz u niego. Jej usta otworzyły się, wargi musnęły czubek delikatnie, jak motyle skrzydła, smakując słoną wilgoć. Język wysunął się, okrążając główkę okrężnymi ruchami, badając każdy rowek, każdą fałdkę. Tomek westchnął głęboko, jego biodra uniosły się lekko, ale ona położyła dłoń na jego udzie, wstrzymując go – to ona dyktowała tempo.
Napięcie rosło; jej język przesunął się po całej długości trzonu, od nasady po szczyt, czując pulsowanie żył pod gładką skórą. Wzięła go głębiej do ust, wargi zacisnęły się wokół, ssąc powoli, z wilgotnym mlaśnięciem, które wypełniło pokój. Smak był intensywny – słony, lekko gorzki, mieszanka jego esencji i jej śliny, spływającej po brodzie. Tomek jęknął głośniej, jego palce wplątały się w jej włosy, nie ciągnąc, ale trzymając, jakby bał się, że to sen.
– Kurwa, twoje usta… – wyszeptał, głosem ochrypłym, gdy napięcie zaczęło się załamywać. Słowo wyszło naturalnie, wulgarne w swej szczerości, odzwierciedlając rosnące szaleństwo. – Ssij mocniej, Aniu, nie przestawaj.
Ona przyspieszyła, jej głowa poruszała się rytmicznie, w górę i w dół, wargi ślizgające się po wilgotnej skórze, język dociskający spód trzonu. Czuła, jak rośnie w jej ustach, jak główka puchnie, dotykając gardła. Dźwięki były obsceniczne – mokre ssanie, jej sapanie, jego stłumione przekleństwa. Jej dłoń dołączyła, masując jądra, ciężkie i napięte, pokryte lekkim meszkiem, czując ich ciepło i delikatne pomarszczenie. Emocje wirowały: jej podniecenie mieszało się z poczuciem władzy, jego – z bezradnością rozkoszy. Wilgoć między jej nogami stała się nie do zniesienia; przesunęła dłonią w dół, dotykając swojej łechtaczki, obrzmiałej i śliskiej.
Kulminacja nadchodziła falami. Tomek napiął mięśnie, jego biodra drgnęły, a ona poczuła pierwsze pulsowanie – gorący strumień spermy wypełnił jej usta, słony i gęsty, spływający po gardle. Połykała łapczywie, ssąc dalej, nie puszczając, jej wargi zacisnęły się jak imadło wokół podstawy, wydobywając każdą kroplę. Jęknął głośno, ciało wygięło się w łuk, a ona nie przestawała, jej usta „grip” – chwytały, nie puszczały, przedłużając ekstazę, aż zwiotczał w jej ustach, drżąc od nadwrażliwości.
Gdy w końcu się odsunęła, oblizała wargi, patrząc na niego z triumfem i pożądaniem. Tomek leżał dysząc, oczy zamglone, ale już sięgał po nią.
– Teraz ty – mruknął, ciągnąc ją w górę. – Ale to nie koniec. Te usta… cholera, nie puszczą mnie nigdy.
Deszcz za oknem przybierał na sile, a oni zaplątali się w siebie ponownie, obietnica dłuższej nocy wisząca w powietrzu jak niekończąca się symfonia pożądania. Anna wiedziała, że to początek czegoś, co ją pochłonie – usta, które raz chwyciły, nie chciały puścić.