Klub za zieloną bramą – część 1

Klamka była ciepła od czyjejś dłoni. Pchnęłam zieloną bramę i od razu usłyszałam, jak za mną ciężko wskakuje zamek.

— Iga — powiedział mężczyzna, zanim zdążyłam się przedstawić. — Punktualna. Wejdź.

Stał w korytarzu bez okien, w czarnej koszuli z podwiniętymi rękawami. Wiktor. W wiadomości, kiedy potwierdzał termin, napisał o sobie spokojnie, bez młodzieńczej pozy, i to mnie uspokoiło: nie chłopak, który udaje pana, tylko ktoś, kto ten klub prowadzi od lat. W biurze czekało na mnie biurko zawalone fakturami, a nogi drżały mi nie z zimna.

— Nie wiedziałam, czy mam pukać — powiedziałam.

— Brama wystarczy. Resztę ustalamy w środku.

Poprowadził mnie obok szatni, gdzie wisiały czyjeś płaszcze, do pokoju pachnącego drewnem i skórą. Na stole leżały teczka, długopis i karafka wody. Żadnych kajdanek na widoku. Zaskoczyło mnie to bardziej niż sam adres: Sopot, kilka ulic od mola, za bramą, której nikt z biura nie skojarzyłby z tym, po co tu przyszłam.

— Siadaj — rzekł. — I mów, czego chcesz. Nie tego, co wypada. Tego, po co naprawdę przyszłaś.

Usiadłam. Spódnica podjechała na udach. Poprawiłam ją, potem przestałam, bo jego wzrok i tak już tam był, spokojny, bez pośpiechu.

— Chcę, żeby ktoś mną rządził — powiedziałam. Głos mi się nie załamał, choć serce łomotało jak szalone. — Żeby mnie związał, kazał klęczeć, sprał po dupie i wyruchał tak, żebym nie musiała myśleć o jutrzejszych zestawieniach. I chcę, żeby to było bezpieczne. Żebym mogła przerwać.

Skinął głową, jakby usłyszał coś zwyczajnego.

— Dlatego najpierw papier. Potem ciało. Kto wchodzi tu bez zasad, wychodzi z pretensjami albo z siniakiem, którego nie chciał. Ja takiego klubu nie prowadzę.

Otworzył teczkę. Na pierwszej stronie były moje imię i data. Reszta pusta.

— Granice — zaczął. — Co odpada. Mów wprost.

— Żadnego duszenia. Żadnej krwi. Żadnych zdjęć. Nie chcę, żeby ktoś inny wchodził do pokoju. I nie chcę, żebyś mnie upokarzał gadaniem o pracy albo o tym, że jestem gruba. Nie jestem. Nie lubię takich gierek.

— Nie jesteś — potwierdził sucho. — Co jeszcze.

— Mogę kląć. Chcę, żebyś klął. Chcę, żebyś mówił mi, co robisz z moją cipką i z moim tyłkiem. Ale jak powiem słowo, stajesz. Od razu.

— Jakie słowo.

Myślałam o tym w pociągu i w taksówce, i za każdym razem inne wydawało się głupie. Teraz, przy tym stole, przyszło samo.

— Bursztyn.

Uniósł brew.

— Sopot. Łatwo zapamiętać. Trudno pomylić z jękiem. — Zapisał drukowanymi literami: BURSZTYN. — Powtórz.

— Bursztyn.

— Jeszcze raz, głośniej.

— Bursztyn.

— Dobrze. Jak je powiesz, rozwiązuję cię, odsuwam się i pytam, czego potrzebujesz: wody, koca, przerwy albo końca. Koniec znaczy koniec, nie „jeszcze chwilę, bo mi stanął”. Jak wolisz łagodniej, mów: wolniej: „wolniej”. Czerwone to bursztyn. Zielonego nie musisz mówić. Milczenie nie jest zgodą. Skinienie głową, kiedy masz knebel albo nie możesz mówić, też ustalamy. Dziś knebla nie będzie. Chcę słyszeć twój głos.

Pisał, a ja patrzyłam na jego nadgarstek, na żyłę, na spokojny nacisk długopisu. Między udami zrobiło mi się gorąco, zanim w ogóle mnie dotknął.

— A ty? — spytałam. — Czego nie robisz.

— Nie biorę pieniędzy za seks. Płacisz za członkostwo i za wynajem sali, to już załatwione. Nie sypiam z nikim, kto pił. Piłaś?

— Wodę w taksówce.

— Nie rżnę nikogo, kto nie umie powtórzyć zasad własnymi słowami. Więc powtórz.

Przełknęłam ślinę.

— Słowo: bursztyn. Wtedy stop, rozwiązujesz, odsuwasz się, pytasz. Wolniej znaczy wolniej. Żadnego duszenia, krwi, zdjęć, osób trzecich, obelg o ciele i o pracy. Mogę kląć. Chcę, żebyś mnie związał, sprał i wyruchał. Mogę przerwać w każdej chwili. Milczenie nie jest zgodą.

— Dobrze, Igo. — Przesunął kartkę. — Podpisz, jeśli nadal tego chcesz. Jeśli nie, odprowadzę cię do bramy i nikt tu o tobie nie będzie gadał.

Podpisałam. Atrament lekko się rozmazał przy ostatniej literze, bo dłoń mi drżała. On podpisał się niżej, schował teczkę do szuflady i przekręcił klucz.

— Teraz wstań — powiedział już innym głosem, niższym. — Spódnicę zostaw. Majtki zdejmij sama i połóż na krześle. Resztę zdejmę ja, jeśli się zgodzisz.

— Zgadzam się.

— Powiedz to tak, żebym słyszał, na co się zgadzasz.

— Zgadzam się, żebyś mnie rozebrał, związał i ruchał. Jak powiem bursztyn, przestajesz.

— Właśnie tak.

Wstałam. Majtki były już mokre. Ściągnęłam je, złożyłam — śmieszny odruch księgowej — i położyłam na krześle. Spódnica została, jak kazał, ale pod nią byłam goła, i cały pokój jakby o tym wiedział.

Wiktor obszedł stół. Nie rzucił się. Położył dłoń na moim karku, ciężką, ciepłą.

— Ostatnie pytanie przed salą. Chcesz iść dalej?

— Tak.

Sala była mniejsza, niż sobie roiłam: krzyż na ścianie, ława obita skórą, haki, lina w równych zwojach. Światło ciepłe, nie teatralne. Zamknął drzwi na zasuwkę od wewnątrz i pokazał mi, gdzie jest.

— Jak cię rozwiążę, sama otworzysz. Dziś zasuwka jest z twojej strony. Klucz nie zniknie ci z oczu.

Potem odwrócił mnie twarzą do ściany.

— Ręce na deskę. Nogi szerzej. Spódnicę podciągnij sama.

Zrobiłam to. Chłodne powietrze musnęło mokrą cipkę. Usłyszałam jego oddech, krótki, jakby i jemu coś się wyrwało spod kontroli. Spodobało mi się to bardziej niż jakikolwiek komplement.

— No i ta dupa. — powiedział cicho, już do mnie, już brudno. — Przyszłaś tu z biura, w porządnej spódnicy, a cipka ci cieknie, zanim cię dotknę. Chcesz, żebym cię sprał?

— Tak.

— Ile.

— Dziesięć. Potem spytaj.

— Grzeczna.

Pierwszy klaps był płaski, głośny, bardziej dźwięk niż ból. Drugi już zapiekł. Trzeci rozlał się po półdupku gorącem. Liczyłam na głos, bo kazał. Przy szóstym pisnęłam. Przy ósmym rozstawiłam nogi szerzej, bezwstydnie, żeby następny trafił bliżej cipki. Trafił. Jęknęłam jego imię.

— Wiktor.

— Jeszcze dwa. Potem palce. Mów, jeśli za ostro.

— Nie za ostro. Jebnij.

Dziewiąty i dziesiąty spadły szybko, jeden po drugim. Kolana mi zmiękły. Przytrzymał mnie za biodro.

— Kolor.

— Zielony — wychrypiałam. — Rób dalej.

Podciągnął spódnicę wyżej, aż zwinęła się w pasie. Dłoń wsunęła się między uda. Dwa palce rozchyliły wargi, śliskie, spuchnięte, i wjechały w cipkę bez ceregieli. Nie głęboko od razu — najpierw sprawdził, jak ciasno go biorę i jaka jestem mokra. A byłam mokra tak, że usłyszałam własne ciało: mokry, wstydliwy dźwięk, kiedy poruszył palcami.

— Słyszysz? — mruknął mi przy uchu. — Sama mi się na palce nabijasz. Chcesz kutasa?

— Chcę. Ale zwiąż mnie. Tak mówiłeś.

— Tak mówiłem.

Zdjął mi bluzkę i stanik. Cycki wypadły ciężko, sutki twarde od chłodu i od tego, co już mi zrobił. Ścisnął jeden, mocno, aż syknęłam, i polizał drugi, zębami na granicy bólu. Potem zaprowadził mnie do ławy.

— Na brzuch. Ręce do przodu.

Lina była miękka, nie szorstka. Owinął nadgarstki osobno, sprawdził, czy pod liną mieszczą się czy pod liną mieszczą się dwa palce.

— Za ciasno?

— Nie. Czuję. Nie drętwieje.

— Dobrze. Nogi też.

Rozsunął mi uda i przywiązał kostki do nóg ławy. Zostałam z wypiętym tyłkiem, mokrą cipką na widoku i cyckami przyciśniętymi do skóry. Nie mogłam zamknąć nóg. Mogłam powiedzieć bursztyn. Ta różnica trzymała mnie przytomną i napaloną jednocześnie.

Rozpiął spodnie. Usłyszałam pasek. Potem poczułam kutasa na udzie: gruby, gorący, ciężki. Nie wszedł od razu. Przejechał główką po szparce, rozsmarował mi własną wilgoć aż po odbyt, przycisnął tam na sekundę — nie wszedł, tylko dał znać, że o tym wie — i wrócił do cipki.

— Dziś tyłek tylko z wierzchu, bez wchodzenia — powiedział. — Rżnięcia w tyłek nie ustalaliśmy. Jak będziesz chciała, dopiszemy następnym razem. Teraz biorę cipkę. Wolno?

— Bierz. Włóż. Wyruchaj mnie.

Wszedł jednym pchnięciem do połowy i został, żebym go objęła. Rozciągnął mnie szeroko. Jęknęłam w skórę ławy, palce zacisnęły się na linie. Drugie pchnięcie dobiło głębiej. Trzecie było już rżnięciem: biodra uderzały o mój obity tyłek, klapsy odzywały się na nowo, a kutas wchodził w mokrą cipkę z głośnym, lubieżnym mlaśnięciem.

— O kurwa — powiedziałam. — O kurwa, jaki gruby.

— I jaka chciwa ta cipka. Ściskasz mnie, jakbyś chciała mnie wydoić. — Złapał mnie za włosy, nie szarpał, tylko odchylił głowę. — Mów. Chcesz mocniej?

— Mocniej. Jeb mnie. Nie przestawaj, dopóki sama nie powiem.

Przyspieszył. Ława skrzypnęła. Cycki tarły się o skórę przy każdym pchnięciu, sutki piekły. Wolną ręką sięgnął pode mnie i znalazł łechtaczkę, nabrzmiałą, śliską. Zatoczył kółko, potem drugie, w rytm kutasa. Przestałam składać zdania. Zostało „tak”, „głębiej”, „właśnie tak, kurwa” i jego imię.

Czułam, jak się na nim zaciskam. Orgazm nadszedł ostro, od łechtaczki i od kutasa, który wypełniał cipkę, naraz. Szarpnęłam więzy, krzyknęłam, zalałam go tak, że pociekło mi po udach. Nie przestał. Rżnął mnie przez skurcze, płytko, potem znów głęboko, aż język mi się plątał.

— Kolor — zażądał, nie zwalniając całkiem.

— Zielony — wydyszałam. — Jeszcze. Chcę, żebyś doszedł we mnie. Mówiłam, że biorę tabletki. Wpisałam to w papierach. Chcę czuć, jak spuszczasz mi się w cipkę.

— Powiedz to jeszcze raz.

— Dojdź we mnie. Spuść się we mnie. Wyruchaj mnie do końca.

Wtedy puścił hamulce. Uderzenia zrobiły się krótkie, twarde, już tylko dla siebie. Trzymał mnie za biodra, kciuki na obitych półdupkach, i wbijał kutasa tak, że widziałam gwiazdy pod powiekami. Jęczał nisko, bez pozy. Podbrzusze uderzało o mój tyłek. Czułam, jak pęcznieje, jak traci rytm.

Doszedł z warknięciem, wbity do końca, i spuścił się we mnie gorącymi strugami. Został w środku, drżał, a sperma od razu zaczęła wyciekać wokół nasady, ciepła, gęsta, po wargach i na skórę ławy. Oddychaliśmy oboje jak po biegu.

Nie rozwiązał mnie od razu. Głaskał mnie po plecach, długo, aż drżenie zeszło z ud.

— Słowo? — spytał cicho, już tamtym pierwszym głosem.

— Nie potrzebuję. Ale rozwiąż mnie. Nogi mi zdrętwieją, jak tak zostanę.

Rozplątał kostki, potem nadgarstki. Sprawdził skórę, potarł kciukiem ślady liny. Podał wodę, zanim zdążyłam usiąść. Upiłam, rozlałam kroplę na cycek i roześmiałam się, ochryple, zaskoczona własnym śmiechem.

Spojrzał na mnie poważnie.

— Zasady zostały. Bursztyn zostaje twój, także następnym razem, jeśli przyjdziesz. Dziś koniec. Mogę cię odprowadzić do bramy. Mogę też posiedzieć, aż nogi przestaną ci się trząść. Co wybierasz?

Siedziałam goła od pasa w dół, ze spódnicą zwiniętą w pasie i z jego spermą ściekającą na udo, i czułam się bardziej sobą niż przy jakimkolwiek bilansie.

— Posiedź — powiedziałam. — I dopisz przy wyjściu, że chcę wrócić. Sama. Na tę samą linę. I może następnym razem na tyłek. Ale to dopiszemy przy stole, nie tutaj.

Skinął głową, jak przy pierwszej kartce.

— Przy stole. Zielona brama będzie otwarta, kiedy napiszesz.

Część 2 już jutro.

Przeczytaj też