To jest część 2 serii. Zacznij od części 1.
zamek zatrzasnął się za plecami, i zanim zdążyłam ściągnąć płaszcz, Wiktor stał już w korytarzu z teczką pod pachą.
— Napisałaś — powiedział. — Weszłaś. Resztę omówimy przy stole, nie tu, w progu.
Poszłam za nim. W pokoju pachniało drewnem, skórą i czymś nowym, słodkawym, jak świeca, którą ktoś dopiero zgasił. Na blacie leżały długopis, karafka i ta sama kartka, tylko z dopiskiem przy dolnej krawędzi: wraca. Sama. Obok, ołówkiem, dwa słowa, których jeszcze nie podpisałam: wosk, lina.
Usiadłam. Spódnica podjechała. Tym razem jej nie poprawiłam.
— Czytałeś, co dopisałam w wiadomości — powiedziałam.
— Czytałem. I nie ruszam wosku, dopóki nie powiesz tego przy stole, własnymi słowami. Tyłka też nie. Tamten temat został otwarty. Dziś albo go domykamy, albo odkładamy.
Przełknęłam ślinę. W pociągu układałam w głowie, co powiem, ale wszystko brzmiało sztywno, jak wyuczona formułka. Tutaj, naprzeciw jego spokojnych rąk, wyszło prościej.
— Chcę linę. Mocniej niż ostatnio, ale tak, żebym czuła palce. Chcę wosk na cyckach, na brzuchu i na udach. Nie na cipce. Nie na twarzy. I nie chcę dziś rżnięcia w tyłek. Myślałam o tym. Jeszcze nie. Chcę, żebyś mnie związał, polał, sprał, jeśli zechcesz, i wyruchał. Słowo zostaje.
— Bursztyn.
— Bursztyn. Wtedy stop, rozwiązujesz, odsuwasz się, pytasz. Wolniej to wolniej. Żadnego duszenia, krwi, zdjęć, osób trzecich. Żadnych obelg o ciele i o pracy. Mogę kląć. Chcesz kląć, to klnij do cipki, nie do bilansu.
Kącik ust ledwie mu drgnął. I na tym koniec.
— Wosk parzy — rzekł. — Nie przypala, jeśli leję z wysokości, którą znam, i jeśli skóra jest sucha. Najpierw kropla na wewnętrzną stronę przedramienia. Jak powiesz, że za ostro, odkładam świecę. Zielone nie znaczy, że mam lać, gdzie popadnie. Powiesz, gdzie. Ja trzymam tempo. Zgoda?
— Zgoda.
— Powtórz całość.
Powtórzyłam. Głos mi nie zadrżał, gdy to mówiłam”, choć między udami już było gorąco i mokro, jakby ciało pamiętało ławę lepiej niż głowa. Podpisałam. On podpisał niżej, schował teczkę, przekręcił klucz.
— Wstań. Majtki zdejmij sama. Resztę zdejmę w sali, jeśli nadal chcesz iść.
— Chcę. Zgadzam się na linę, wosk tam, gdzie powiedziałam, klapsy i kutasa w cipce. Jak powiem bursztyn, przestajesz.
Majtki były wilgotne w kroku. Złożyłam je — głupi odruch — i położyłam na krześle.
W sali było ciepło. Ława, haki, zwoje liny. Na stoliku stała gruba, ciemna świeca w metalowej podstawce, już zapalona, płomień niski i równy. Obok miska z wodą i ręcznik. Zasuwka znowu z mojej strony. Najpierw mi ją pokazał.
— Ostatnie pytanie.
— Idę dalej.
Skinął. Potem głos mu się obniżył.
— Rozbierz się. Powoli. Patrz na mnie.
Zdjął mi bluzkę sam, choć kazał mi się rozebrać. Stanik rozpiął jednym ruchem. Cycki opadły ciężko, sutki stwardniały od chłodu i od jego wzroku. Spódnicę zostawił. Podciągnął ją i zatrzymał w pasie, jak poprzednio, żebym stała przed nim na pół goła, w obcasach, z gołą cipką.
— Ręce.
Wyciągnęłam je. Lina była ta sama, miękka. Owinął nadgarstki z przodu, osobno, potem złączył, sprawdził luz dwoma palcami.
— Za ciasno?
— Nie. Czuję. Nie drętwieje.
— Dobrze. Na kolana. Nie na podłogę. Na poduszkę.
Uklękłam. Związane dłonie oparłam na udach. Wiktor stanął nade mną, jeszcze ubrany, tylko rękawy podwinięte, i uniósł mi brodę knykciem.
— Dziś o kutasie decyduję ja. Ty decydujesz, czy zostajesz. Czujesz różnicę?
— Rozumiem.
— Powiedz.
— Zostaję, bo chcę. Przerywam, kiedy chcę. Resztą rządzisz ty.
— Dokładnie tak.
Sięgnął po świecę. Wosk zbierał się przy knocie, ciemny, leniwy. Przysunął moje przedramię i przechylił świecę wysoko. Pierwsza kropla spadła mała, gorąca, ostra. Syknęłam. Ból trwał sekundę i rozlał się w ciepło.
— Kolor.
— Zielony. Wyżej, niż myślałam, ale dobre. Jeszcze raz, żebym wiedziała.
Druga kropla, niżej, bliżej skóry. Ostrzej. Przygryzłam wnętrze policzka i pokręciłam głową, zanim zdążył zapytać.
— Za nisko. Tamto pierwsze było lepsze.
— Zapamiętam. — Odstawił świecę. — Wstań. Do ławy. Na plecy.
Pomógł mi się ułożyć, bo związane ręce nie dawały rady przy podciąganiu. Wyciągnął mi ramiona za głowę i dowiązał linę do haka w górnej krawędzi. Potem rozsunął uda szeroko i przywiązał kostki do nóg ławy, tak jak wtedy, tylko że teraz leżałam twarzą do niego, cycki na wierzchu, brzuch odsłonięty, spódnica zwinięta pod piersiami. Nie mogłam zamknąć nóg. Cipka była na widoku, już lśniąca, i wstyd mieszał mi się z ochotą tak mocno, że aż zakręciło mnie w dole brzucha.
Wiktor obszedł ławę. Nie spieszył się. Położył dłoń płasko na moim brzuchu, ciężką, ciepłą, i trzymał, aż oddech ułożył mi się pod jego ręką.
— Oddychaj. Wosk lepiej się kładzie na spokojnej skórze. Jak zaczniesz się rzucać, przestanę i spytam. Kiwnij, jeśli to jasne.
Kiwnęłam.
Wziął świecę. Uniósł ją nad mostkiem, wysoko, tak jak przy tej pierwszej, dobrej kropli. Patrzyłam na płomień. Potem spadło.
Gorąco uderzyło między piersi, krótko, jasno, i zastygło w ciężką, ciepłą plamę. Jęknęłam. Nie z bólu, który by mnie wystraszył. Z zaskoczenia, że ciało samo wypina się ku następnej.
— Jeszcze — powiedziałam.
— O tym, kiedy poleję, nie ty decydujesz. — Głos miał niski, już nieprzyzwoity. — Proś.
— Proszę. Polej mi cycki. Chcę czuć, jak parzy, i chcę, żebyś potem zlizał to, co zastygnie przy sutku.
Drugi raz spadł na lewą pierś, obok sutka, nie na niego. Krzyknęłam krótko. Skóra zapłonęła i zaraz zaczęła ćmić przyjemnie, jak klaps, który zostaje. Trzecia kropla na prawy sutek, mniejsza, z tej samej wysokości. Syknęłam przez zęby. Sutek ściągnął się pod woskiem tak mocno, że aż zabolało w głąb piersi.
— Kurwa — wydyszałam. — Ostro. Dobre. Nie schodź niżej ze świecą.
— Nie schodzę.
Lał powoli. Brzuch. Wzgórek nad cipką, tam, gdzie skóra jest cieńsza i gdzie każda kropla szła prosto między nogi, choć wosk jej nie dotykał. Udo. Drugie udo, bliżej pachwiny, i tam już pisnęłam: Wiktor. Wosk stygł płatami, ciążył, pachniał słodko i dymnie. Pod nim skóra paliła żywym ciepłem. Między udami ciekło mi tak, że czułam własny zapach, ostry, mokry, pomieszany z woskiem.
Wiktor odstawił świecę. Kciukiem zdarł mi z sutka zastygły placek. Ból wrócił na moment, ostry, a potem Wiktor polizał to miejsce szeroko, ciepło, językiem po nabrzmiałym sutku. Drugi cycek ścisnął, wosk pękł pod palcami. Przygryzł skórę obok, nie do krwi, tylko tyle, żebym wiedziała, czyja jestem w tej sali.
— Jaka mokra — mruknął, schodząc dłonią niżej, omijając wosk na brzuchu. Dwa palce rozchyliły wargi. — Słyszysz to? Cipka ci cieknie, a ja jeszcze nawet nie wszedłem. Chcesz palców?
— Chcę. I chcę klapsa. Po wewnętrznej stronie uda, tam, gdzie nie ma wosku.
— Grzeczna, że mówisz gdzie.
Dłoń spadła płasko, głośno, tuż przy cipce. Noga szarpnęła w więzach. Drugi klaps, z drugiej strony. Trzeci trafił w samą wilgoć, nie za mocno, bardziej plask niż ból, i aż mi się oczy zaszkliły od tego dźwięku. Potem palce wjechały we mnie, dwa naraz, bez ceregieli, i zgięły się tak, że plecy oderwały mi się od ławy.
— O kurwa, Wiktor.
— Leż. — Przycisnął mnie wolną ręką pod mostkiem, tam, gdzie wosk już wystygł. — Nogi masz rozwarte, bo ja tak chcę. Cipka bierze palce, bo jest chciwa. Mów, jeśli za głęboko.
— Nie za głęboko. Jeb mnie palcami. Chcę słyszeć, jaka jestem mokra.
Ruszył. Zamlaskało od razu, głośno, bezwstydnie. Kciuk znalazł łechtaczkę, nabrzmiałą, śliską, i zaczął ją trzeć powoli, nie w rytm palców, specjalnie obok, żebym nie mogła dojść. Wiłam się w linach. Nadgarstki ciągnęły, sprawdzone, pewne. Kostki nie puszczały. Zostało mi tylko biodro, które samo nadziewało się na jego dłoń, i głos.
— Nie dojdziesz, dopóki nie powiem — rzekł. — Jak będziesz blisko, mówisz. Jasne?
— Blisko — wychrypiałam prawie od razu, wściekła na własne ciało. — Już, kurwa, blisko.
Wyjął palce. Zostałam pusta, drżąca, z cipką zaciskającą się na niczym. Zaklęłam. Roześmiał się cicho, bez złośliwości, i oblizał dłoń, patrząc mi w oczy.
— Smakujesz lepiej niż ostatnio. Napięta. Słodka i słona.
— Włóż z powrotem. Albo włóż kutasa. Błagam, nie zostawiaj mnie tak.
— Błaganie ładne. Jeszcze nie.
Wziął świecę znowu. Tym razem kropla spadła nisko na brzuch, w miejscu, które już znało ciepło, i druga tuż nad linią włosów. Krzyknęłam, bo byłam zbyt blisko, zbyt otwarta, i ból przeskoczył prosto w łechtaczkę, jakby ktoś pociągnął za nitkę. Nie na cipkę. Trzymał słowo. Ja też, choć zęby mi szczękały od powstrzymywania.
— Kolor — zażądał.
— Zielony. Kurwa, zielony. Tylko nie każ mi czekać do rana.
Odstawił świecę na dobre. Rozpiął spodnie. Kutas wysunął się ciężki, gruby, już twardy, żołądź ciemna i mokra na czubku. Przejechał nią po wewnętrznej stronie uda, po skórze jeszcze gorącej od klapsa, potem po szparce, od odbytu w górę, bez wchodzenia tam, tylko muśnięcie, przypomnienie, że pamięta, i został przy wejściu do cipki.
— Dziś tylko tu — powiedział. — Tak, jak podpisałaś. Wolno?
— Wchodź. Wyruchaj mnie. Chcę go całego.
Wszedł powoli, centymetr po centymetrze, aż rozciągnął mnie szeroko i został wbity do końca. Jęknęłam w sufit. Związane ręce zacisnęły się na linie. Był grubszy, niż pamiętałam, albo ja ciaśniejsza przez to czekanie. Podbrzusze przywarło do wosku na moim wzgórku i placek pękł między nami.
— Ściskasz — mruknął. — Jak pięść. Oddychaj i przyjmuj.
Zaczął się ruszać. Najpierw długo, głęboko: każde pchnięcie dobijało tam, gdzie palce dopiero co były, i wycofywało się prawie do końca, żebym czuła, jak żołądź rozchyla wargi. Potem przyspieszył. Ława skrzypnęła. Cycki skakały, zastygły wosk pękał i osypywał się na skórę, a świeże ciepło spod spodu budziło się przy każdym ruchu. Kutas wchodził z mokrym, głośnym mlaśnięciem. Słyszałam nas oboje: jego oddech, mój głos, który przestał układać zdania i został przy „tak”, „głębiej”, „jeb mnie, nie przestawaj”.
Złapał mnie za biodra. Kciuki wbił tuż nad kośćmi, mocno, ale bez siniaka — raczej tak, żebym wiedziała, kto trzyma tempo. Rżnął mnie już ostro, krótkimi uderzeniami, aż łechtaczka obijała się przy każdym dobiciu. Orgazm nadszedł z dołu, ostry, bez pozwolenia, na które i tak już nie umiałam czekać.
— Dochodzę — zdążyłam krzyknąć. — Kurwa, dochodzę, nie wyjmuj.
Nie wyjął. Wbił się głęboko i został, a ja zaciskałam się na nim falami, lałam mu się na kutasa, na jądra, na skórę ławy. Nogi drżały w linach. Wosk na brzuchu popękał do reszty. Krzyczałam jego imię, aż głos mi się załamał.
Nie dał mi zejść do końca. Ruszył znowu, przez skurcze, płycej, potem znowu głęboko, i sięgnął między nas kciukiem. Łechtaczka była przeczulona, prawie za czuła. Szarpnęłam się.
— Wolniej — wydyszałam. — Tam wolniej. Kutasa mocno.
Posłuchał od razu. Kciuk złagodniał, został ciężki i powolny, a biodra biły dalej, twarde, równe, już bardziej dla niego. Patrzył mi w twarz. Podobało mi się, że nie odwraca wzroku, kiedy jest brzydko, mokro i głośno.
— Chcesz, żebym doszedł w tobie? — spytał, głos już niski, rwany.
— Chcę. Spuść się w cipkę. Do końca. Tak jak ostatnio. Bierz mnie, aż sam nie wytrzymasz.
Puścił resztę hamulców. Uderzenia zrobiły się krótkie, chciwe, bez rytmu na pokaz. Trzymał mnie za związane udo tuż nad liną i wbijał kutasa tak głęboko, że widziałam białe plamy pod powiekami. Jęczał przez zęby, bez pozy, po męsku, brudno.
— Kurwa, jaka ciasna po tym dojściu. Wydoisz mnie. Bierz. Bierz wszystko.
Doszedł wbity do nasady, z warknięciem, które przeszło mu w jęk. Czułam, jak pęcznieje i jak spuszcza się gorącymi strugami, raz, drugi, trzeci, aż sperma nie miała już miejsca i pociekła wokół kutasa, ciepła, gęsta, po wargach, po odbycie, na skórę. Został w środku. Drżał. Oddychał mi w szyję, ciężko, jak po schodach, nie jak ktoś, kto udaje, że mu nie zależy.
Nie rozwiązał mnie od razu. Wyjął się powoli. Sperma wypłynęła za nim, ciepłym ściekiem, i popatrzył na to bez wstydu, kciukiem rozmazał mi ją po wardze, nie wchodząc nigdzie indziej.
— Zostań chwilę — powiedział już tamtym pierwszym głosem. — Sprawdzę linę i skórę. Słowo?
— Nie potrzebuję bursztynu. Ale nadgarstki chcę wolne. I wodę. I żebyś zdjął wosk, bo zaczyna ciągnąć.
Rozplątał nadgarstki, potem kostki. Potarł skórę, sprawdził palce, kazał ścisnąć jego dłoń. Ścisnęłam. Podał wodę, zanim usiadłam. Piłam łapczywie, naga od pasa w dół, w okruchach wosku i w jego spermie na udzie, i śmiałam się ochryple, kiedy kropla wody spadła na obolały sutek.
Wiktor namoczył ręcznik w letniej wodzie i zdejmował wosk powoli, płat po płacie, bez szarpania. Tam, gdzie skóra była różowa, przykładał chłodniejszą stronę i czekał. Nie gadał o pracy. Nie chwalił mnie jak rzeczy. Pytał tylko, czy piecze, czy drętwieje, czy chcę zostać jeszcze na ławie, czy wolę koc na krześle przy stole.
— Krzesło — powiedziałam. — I dopisz, że wosk zostaje. Wysokość ta pierwsza. Cipki i twarzy nie ruszamy. Tyłek nadal nie dziś. Może następnym razem, przy stole, jeśli sama przyjdę z tym zdaniem. Dziś chcę tylko posiedzieć, aż nogi przestaną mi się trząść.
Skinął, jak przy pierwszej kartce.
— Przy stole dopiszemy. Zielona brama będzie otwarta, kiedy napiszesz. Bursztyn zostaje twój.
Oparłam czoło o jego ramię, goła, obolała w dobrych miejscach, i czułam, jak sperma stygnie na skórze, a pod żebrami układa się oddech. Nie myślałam o zestawieniach. Myślałam o linie, o wysokości płomienia i o tym, że następnym razem znowu powiem to własnymi słowami, zanim ktokolwiek mnie dotknie.
← Klub za zieloną bramą – część 1 · Część 3 już jutro.