— Jeśli któraś z was ma ochotę na więcej niż taniec, niech powie wprost — rzucił barczysty facet w rozpiętej koszuli, kiedy ostatnia nuta ucichła nad stolikiem.
Patrycja uniosła szklankę i nie odstawiła jej od razu. Wódkę z colą piła powoli, bardziej dla smaku niż dla odwagi. Klub na Świdnickiej dudnił basem, neon odcinał jej nadgarstki, a sukienka — ta, którą kupiła na cudzy wieczór panieński — kleiła się do ud. Koleżanki piszczały, Anka, przyszła panna młoda, chowała twarz w dłoniach i śmiała się tak, jak śmieje się ktoś, kto już wie, że nic więcej nie zrobi. Patrycja wiedziała o sobie coś innego. Trzydziestka, rozprawy, terminy, puste łóżko po rozwodzie. Dziś nie miała ochoty udawać, że się rumieni.
— Ja — powiedziała. Głos miała spokojny, taki jak na sali, kiedy stawia wniosek, którego nikt nie chce słyszeć.
Pięciu mężczyzn odwróciło się naraz. Ten barczysty, Marek, uśmiechnął się bez kpiny. Obok stał ciemnowłosy Kuba, niższy, z blizną przy brwi; Bartek z ogoloną głową i złotym łańcuchem; Igor, wysoki, prawie milczący, z dłońmi kogoś, kto całe życie coś dźwiga; i Tomek, najmłodszy z nich, choć i tak dobrze po dwudziestce, z ciepłym, trochę bezczelnym spojrzeniem.
— Wieczór panieński Anki — dodała Patrycja. — Nie mój. Chcę was wszystkich. Nie na scenie. W pokoju na górze, jeśli macie taki układ z lokalem. I chcę, żebyście mnie rżnęli tak, jak lubicie, dopóki sama mówię, że chcę. Jak powiem stop, koniec. Jasne?
Anka złapała ją za łokieć.
— Patrycja, ty poważnie?
— Poważnie. Idźcie dalej pić. Wrócę albo nie wrócę do północy. Nikt mnie nie ciągnie.
Marek skinął na kelnera, zamienił z nim dwa zdania i wskazał schody za kotarą. Reszta stolika została z szampanem i niedowierzaniem. Patrycja szła pierwsza, obcasy stukały o metalowe stopnie, a za plecami słyszała pięć różnych oddechów. W pokoju pachniało cytrusowym płynem do podłóg, skórą kanapy i czymś ostrym, męskim, czego nie dało się już pomylić z perfumami. Rolety były opuszczone. Na stoliku stała woda, prezerwatywy, lubrykant. Ktoś tu myślał zawczasu. Dobrze.
— Powtórz — powiedział Igor, zamykając drzwi na zasuwkę, którą dało się otworzyć od środka jednym ruchem.
— Chcę, żebyście mnie zerżnęli. Wszyscy. Usta, cipka, dupa, jeśli dam radę i jeśli będzie ślisko. Macie ze mną rozmawiać. Brudno. I słuchać, kiedy każę wolniej albo mocniej.
Kuba gwizdnął cicho.
— Prawniczka z zasadami. Podoba mi się.
Zdjęła sukienkę sama. Biustonosz został na chwilę, majtki też, bo chciała zobaczyć, jak na nią patrzą, zanim zdejmie resztę. Piersi miała pełne, brzuch miękki tam, gdzie życie odłożyło swoje, uda silne od biegania nad Odrą. Nie pozowała. Stała i czekała, aż pierwszy podejdzie.
Podszedł Tomek. Pocałował ją w usta powoli, z językiem, a dłoń wsunął między uda i przycisnął majtki do cipki tak, że materiał wbił się między wargi. Była już mokra. Wstyd, jeśli w ogóle istniał, został na dole, przy Ance.
— Aleś napalona — mruknął jej w usta. — Czuję przez bawełnę.
— To zdejmij.
Zsunął majtki do kostek. Bartek stanął za nią, rozpiął stanik i objął cycki dłońmi, kciuki tarły sutki, aż syknęła. Marek usiadł na skraju kanapy i rozpiął spodnie. Kutas miał gruby, ciężki, już twardy. Patrycja uklękła bez ceregieli, między jego kolanami, i wzięła go do ust. Smak soli, ciepło, żyła na spodzie, która pulsowała pod językiem. Ssała głęboko, ślina ściekała jej po brodzie, a Marek złapał ją za włosy — nie szarpnął, tylko przytrzymał.
— Patrz na mnie, kiedy mi obciągasz.
Patrzyła. Oczy miała wilgotne od głębokiego pchnięcia, nie od płaczu. Kuba ukląkł obok, wyjął kutasa i podsunął jej do drugiej dłoni. Chwyciła, pompowała, ślisko od własnej śliny, którą przeniosła z ust Marka. Igor stanął z boku i patrzył, masując się powoli. Bartek wciąż był za nią, palce zsunął między pośladki, okrążył odbyt, nie wchodząc, tylko grożąc.
— Chcesz palec w dupie już teraz? — zapytał przy uchu.
— Chcę. Powoli. I lubrykant, nie ślinę na siłę.
Usłyszała kliknięcie buteleczki. Zimny żel spłynął między pośladki, palec Bartka wsunął się do pierwszego knykcia, obrócił, rozepchnął. Jęknęła na kutasa Marka, wibracja przeszła mu po członku, zaklął. Tomek usiadł na podłodze, rozchylił jej uda szerzej i przyłożył usta do cipki. Lizał ją szeroko, od dziurki do łechtaczki, potem ssał tę kulkę tak, że kolana jej zadrżały na wykładzinie.
— Kurwa — wyrzuciła, odrywając usta od Marka. Nitka śliny łączyła jej wargę z główką. — Jeszcze. Nie przestawaj, Tomek. I drugi palec, Bartek, jeśli dasz radę bez bólu.
Weszły dwa. Rozciągało przyjemnie, na granicy, cipka zaciskała się na niczym, bo nikt jeszcze nie wsadził jej kutasa, tylko język i oddech. Orgazm przyszedł szybciej, niż chciała przyznać. Uda zacisnęły się na głowie Tomka, kręgosłup wygiął się w łuk, a z gardła wyszedł dźwięk, którego nie używała w sądzie. Tomek nie odsunął się, dopóki nie odepchnęła go dłonią, roztrzęsiona.
— Na kanapę — powiedziała. — Marek, na plecy. Chcę na tobie usiąść.
Położył się, naciągnął prezerwatywę, którą Igor podał mu bez słowa. Patrycja weszła na niego okrakiem, ujęła kutasa i naprowadziła na cipkę. Opuszczała się centymetr po centymetrze. Gruby, wypełniał ją tak, że na chwilę zabrakło jej tchu. Kiedy usiadła do końca, oboje jęknęli. Zaczęła się ruszać, najpierw powoli, potem mocniej, uderzając pośladkami o jego biodra. Mokry odgłos niósł się po pokoju. Cycki podskakiwały. Bartek obszedł kanapę, złapał je od przodu i ssał sutek, gryząc lekko, tak jak lubiła — pokazała mu wcześniej kciuk w górę, kiedy sprawdził.
— Kuba, do ust — wydyszała. — Igor, czekaj. Tomek, dłonie na dupie, rozchylaj.
Kuba stanął na kanapie, oparł się o ścianę i wsunął jej kutasa między wargi. Ssała w rytmie, w jakim nabijała się na Marka. Ślina kapała Kubie na jaja. Tomek rozchylił jej pośladki, patrzył, jak cipka połyka grubego kutasa, i zaklął pod nosem.
— Chcę twoją dupę — powiedział Bartek. — Jak dasz znać.
— Najpierw trzy palce. Potem ty. Powoli. Jak zaboli nie tak, jak lubię, wyjmujesz.
Uniosła się z Marka na tyle, by Tomek i Bartek mogli pracować przy tylnej dziurce. Trzy palce weszły na żelu, rozwierając ją, a ona oddychała nosem, z kutasem Kuby na języku, i kiwała głową: tak, tak. Bartek naciągnął gumkę, polał się lubrykantem i przytknął główkę do odbytu. Patrycja wypuściła Kubę z ust.
— Wchodź. Marek, zostań we mnie. Chcę obu.
Było ciaśniej, niż pamiętała z dawnych nocy z byłym mężem, i lepiej, bo nikt tu nie udawał delikatności kosztem jej przyjemności. Bartek pchał krótkimi ruchami, czekał, aż mięsień puści, i wszedł do końca z gardłowym „o kurwa, jak ciasno”. Marek z dołu ledwo się mieścił w cipce. Czuła ich obu, cienką ściankę między kutasami, pełnię, od której zakręciło jej się w głowie. Zaczęli ruszać na zmianę: kiedy jeden wchodził, drugi się cofał. Potem, kiedy krzyknęła „razem, tylko płycej”, pchnęli jednocześnie. Dźwięk, jaki z niej wyszedł, nie miał już nic wspólnego z kontrolą.
— Jebana ślicznotka — warknął Marek, łapiąc ją za biodra. — Cipka mi cieknie na jaja.
— Mocniej w dupę — zażądała. — Bartek. I Kuba, wracaj do ust. Chcę się dusić kutasem, kiedy dochodzę.
Kuba wsunął się głębiej, ostrożnie, patrząc jej w oczy. Skinęła. Wziął ją za kark i pchał do gardła krótkimi seriami, wycofując się, kiedy kaszlnęła, i wracając, kiedy pokazała dwa palce: jeszcze. Orgazm rozlał się od łechtaczki, którą Tomek masował od spodu kciukiem, przez cipkę zaciśniętą na Marku, aż do odbytu, który pulsował na Bartku. Nogi jej zadrżały, ręce osunęły się, Kuba przytrzymał, żeby nie spadła.
— Stop na trzy sekundy — wychrypiała. — Wody.
Igor podał szklankę. Piła, woda ciekła po brodzie na cycki. Śmiała się krótko, ochryple.
— Dobra. Schodzę. Chcę na czworakach. Igor, twoja kolej w cipkę. Tomek, do ust. Reszta niech dochodzi na mnie, jak będą blisko, tylko mówcie, zdejmijcie gumki, jeśli chcecie na skórę, i pytajcie.
— Na cycki? — zapytał Marek, już bliski, głos mu się łamał.
— Na cycki i brzuch. Nie w oczy.
Uklękła na kanapie, łokcie na oparciu, dupa wysoko. Igor wszedł w cipkę jednym długim pchnięciem. Był dłuższy niż Marek, sięgał głęboko, a każde uderzenie bioder o pośladki niosło mokry, plaśnięty odgłos. Tomek podsunął jej kutasa do ust. Ssała, jęcząc w rytm Igora. Bartek klęczał obok i smarował jej odbyt palcami, nie wchodząc już kutasem, tylko pilnując, żeby nie zacisnęła się z bólu. Kuba masował jej cycka, szczypał sutek. Marek stał i walił sobie, patrząc.
— Zaraz — syknął. — Patrycja.
— Dawaj.
Zsunął gumkę, dwa pociągnięcia i sperma trysnęła jej na pierś, gorąca, gęsta, ściekła między cycki. Zaklęła z pełnymi ustami. Kuba doszedł chwilę później na brzuch, prosząc najpierw „mogę?”, a ona kiwnęła, nie przerywając ssania. Igor przyspieszył.
— W tobie czy na dupie?
— W gumce, we mnie. Chcę czuć, jak kończysz.
Wbił się ostatnie razy, zamarł, kutasa miał tak głęboko, że aż ją rozciągało, i doszedł z niskim jękiem, czoło oparł o jej plecy. Tomek był tuż za nim.
— Usta czy cycki?
Wyjęła go z buzi, lizała główkę.
— Na język. Chcę połknąć.
Spuścił się jej do ust, słony, gorzki, trochę za dużo naraz. Przełknęła, wytarła kącik wargi kciukiem i oblizała go, patrząc Tomkowi w oczy. Bartek jeszcze nie skończył. Położyła się na plecach, uniosła nogi.
— W cipkę. Ostatni. I mów do mnie.
Wszedł ostro, już bez ceregieli, bo była rozwarta, mokra, obolała w ten dobry sposób. Pompował szybko, kciuk na łechtaczce, a ona dochodziła jeszcze raz, krócej, ostrzej, paznokcie wbiła mu w przedramię.
— Jeb mnie, nie zwalniaj, kurwa, właśnie tak…
Doszedł w gumce, przyciśnięty do niej, z twarzą w jej szyi. Leżeli chwilę w plątaninie nóg, spermy na skórze, potu i cytrusowego zapachu, który przegrał z seksem. Ktoś uchylił okno. Z dołu dochodził bas i czyjś śmiech — Anka, na pewno Anka.
Patrycja usiadła, napiła się jeszcze wody, sprawdziła zasuwkę, czy nadal daje się otworzyć od środka. Dawała.
— Drugiej rundy dziś nie będzie — powiedziała, głosem już miększym, ale wyraźnym. — Było dokładnie tak, jak chciałam. Prysznic jest za tymi drzwiami?
Marek wskazał głową.
— Jest. Ręczniki czyste. I nikt stąd nie wychodzi z historią, której nie chcesz. Ustalone z lokalem i z nami.
— Dobrze. — Wstała, naga, z nasieniem na piersiach i udami drżącymi od wysiłku, i uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto wygrał sprawę, o którą nikt nie śmiał pytać. — Za pół godziny zejdę do Anki. Powiem, że taniec był udany. Reszta zostaje w tym pokoju.