Analny chrzest w lustrzanej windzie

Anna nigdy nie zapomni tego wieczoru w luksusowym hotelu nad jeziorem. Miała dwadzieścia cztery lata, świeżo po rozstaniu z nudnym chłopakiem, który nigdy nie odważył się wyjść poza rutynę. Przyjaciółki namówiły ją na weekendowy wyjazd – „odreaguj, poznaj kogoś nowego” – i oto stała w holu, w obcisłej czarnej sukience, która opinała jej smukłe biodra i podkreślała krągłości biustu. Włosy opadały falami na ramiona, a w powietrzu unosił się zapach jej ulubionych perfum: delikatny jaśmin zmieszany z nutą wanilii. Serce biło jej nieco szybciej, gdy wchodziła do windy, zmierzając na swoje piętro. Nie spodziewała się, że to będzie początek czegoś, co zmieni jej spojrzenie na siebie.

Drzwi windy zasunęły się z cichym sykiem, a ona przycisnęła przycisk z numerem piętnastki. Lustra na każdej ścianie odbijały jej sylwetkę z każdej strony, tworząc iluzję nieskończoności – jakby była w labiryncie własnych pragnień. Nagle windy drgnęła i zatrzymała się między piętrami. Alarm nie zabrzmiał, tylko migające światełko na panelu wskazywało awarię. Anna poczuła lekki dreszcz niepokoju, ale też dziwne podniecenie – izolacja w tym lustrzanym świecie była jak sen, w którym wszystko mogło się zdarzyć.

– Cholera, znowu ta winda – usłyszała męski głos zza jej pleców.

Odwróciła się gwałtownie. W kącie kabiny stał on – wysoki, z ciemnymi włosami opadającymi na czoło i uśmiechem, który sugerował, że wie więcej, niż mówi. Nazywał się Marek, jak się później dowiedziała, i był gościem z sąsiedniego pokoju. Miał na sobie luźną koszulę, która nie kryła muskularnych ramion, i jeansy opinające biodra. Jego zapach – mieszanka męskiej wody kolońskiej i czegoś dzikiego, jak las po deszczu – dotarł do niej natychmiast, budząc subtelne mrowienie w brzuchu.

– Jesteś tu od dawna? – zapytała, starając się brzmieć pewnie, choć jej policzki już lekko się rumieniły w odbiciach luster.

– Dopiero wszedłem. Wygląda na to, że utknęliśmy razem. – Uśmiechnął się szelmowsko, opierając się o ścianę. Jego oczy przesunęły się po jej sylwetce, nie nachalnie, ale z zainteresowaniem, które sprawiło, że poczuła ciepło rozlewające się po skórze.

Rozmawiali, czekając na ratunek. Opowiadał o swojej pracy – fotograf, podróżujący po świecie – a ona dzieliła się historiami z codzienności. Napięcie rosło powoli, jak mgła nad jeziorem. W lustrach widziała ich odbicia: jej sukienka lekko marszcząca się na udach, jego dłoń przypadkowo muskająca jej ramię, gdy gestykulował. Powietrze w windzie gęstniało, zapach ich ciał mieszał się z metalicznym posmakiem zamkniętej przestrzeni. Anna poczuła, jak jej oddech przyspiesza, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach.

– Wiesz, te lustra… – powiedział cicho, zbliżając się o krok. – Sprawiają, że czujesz się, jakbyś patrzyła na siebie z zewnątrz. Jakbyś widziała, co naprawdę chcesz zrobić.

Jej serce zabiło mocniej. Dotknął jej ramienia, palce delikatne, ale pewne, sunące w dół po skórze. Skóra na jej ramionach pokryła się gęsią skórką, a w dole brzucha zapaliło się iskrzenie. Nie cofnęła się. Zamiast tego, obróciła się do niego twarzą, czując ciepło jego ciała. Ich usta spotkały się w pocałunku – najpierw delikatnym, eksplorującym, z smakiem jego warg, lekko słonych od potu napięcia. Języki splotły się leniwie, budząc fale ciepła, które rozlewały się po jej ciele. Ręce Marka powędrowały na jej talię, przyciągając ją bliżej; poczuła twardość jego bioder przyciskającą się do jej brzucha, co wywołało dreszcz podniecenia między jej nogami.

– To szalone… – wyszeptała, gdy oderwali się na moment, jej oddech gorący na jego szyi. – Ale nie chcę przestać.

– Ja też nie – odparł, jego głos chrapliwy, palce wplatające się w jej włosy. – Pozwól mi cię dotknąć. Naprawdę.

W lustrach ich odbicia mnożyły się: ona, z rozchylonymi ustami, on, z ręką sunącą pod sukienkę, muskającą udo. Anna jęknęła cicho, gdy jego palce dotarły do krawędzi bielizny, delikatnie przesuwając się po wilgotnej tkaninie. Była już mokra, jej cipka pulsowała w antycypacji, sok wilgoci przesiąkał majtki. Marek pocałował jej szyję, ssąc skórę, zostawiając ślady, które paliły przyjemnie. Zdjął z niej sukienkę powoli, odsłaniając bladą skórę, pełne piersi w czarnym staniku, sutki twardniejące pod spojrzeniem. Jej dłonie powędrowały pod jego koszulę, badając napięte mięśnie brzucha, schodząc niżej, do wybrzuszenia w spodniach.

– Jesteś taka piękna – mruknął, odpinając stanik. Sutki stwardniały na chłodnym powietrzu windy, a on wziął jeden do ust, ssąc go delikatnie, językiem kręcąc kółka. Anna westchnęła, łukując plecy, czując, jak wilgoć między udami narasta. Jego palce wślizgnęły się pod majtki, muskając łechtaczkę – mały, nabrzmiały guziczek, który sprawił, że jej biodra drgnęły. Pocierał go okrężnymi ruchami, powoli, budując napięcie, podczas gdy ona rozpięła jego spodnie, uwalniając kutasa. Był gruby, żylasty, z nabrzmiałą główką lśniącą od preejakulatu. Smakowała go dłonią, czując pulsowanie pod palcami, zapach męski, muskujący nozdrza.

Rozwinęli akcję dalej, ich ciała splatające się w lustrzanej symfonii. Anna uklękła, biorąc go do ust – najpierw czubek, liżąc słony smak, potem głębiej, ssąc z cichym mlaskaniem, które odbijało się echem w ciasnej przestrzeni. Marek jęknął, ręce w jej włosach, ale nie popychał – pozwalał jej kontrolować tempo. W lustrach widziała siebie: usta rozciągnięte wokół trzonu, oczy zamglone pożądaniem, jej dłoń między nogami, masująca wilgotną szparkę.

– Wstawaj – powiedział ochryple, podciągając ją. – Chcę cię poczuć. Ale… coś więcej. Coś nowego dla ciebie.

Serce Anny zadrżało. Wiedziała, o co chodzi – rozmawiali wcześniej, w żartach, o jej fantazjach, o tym, czego nigdy nie próbowała. Anal. Pierwszy raz. W tej windzie, publicznie, z obcym mężczyzną, w hotelu pełnym ludzi, którzy mogli ich usłyszeć. Adrenalina mieszała się z podnieceniem, zapach jej podniecenia – słodkawy, wilgotny – wypełniał powietrze.

– Boję się… ale chcę – przyznała, głos drżący. – Bądź delikatny.

Marek skinął głową, obracając ją twarzą do lustra. Stała pochylona, ręce opierające się o ścianę, patrząc na swoje odbicie: rumiane policzki, wargi spuchnięte od pocałunków, cipka lśniąca od soków. On klęknął za nią, rozchylając pośladki – blade, jędrne, z ciasnym, różowym odbytem, który nigdy nie był dotknięty. Lizał najpierw cipkę, język wślizgujący się w fałdy, ssący wilgoć, smakującą słono-słodko. Potem przesunął się wyżej, wilgotny czubek języka muskający brzeg odbytu. Anna zadrżała, czując mrowienie – mieszankę wstydu i rozkoszy. Splunął na palec, wcierając ślinę w ciasny otwór, powoli, okrężnie, rozluźniając mięśnie.

– Oddychaj głęboko – szepnął, wsuwając palec ostrożnie. Było ciasno, gorąco, ścianki odbytu zaciskające się wokół niego jak aksamitna pułapka. Anna jęknęła, ból mieszał się z przyjemnością, fale ciepła rozlewały się po kręgosłupie. Poruszał palcem powoli, dodając drugi, rozciągając ją, podczas gdy drugą ręką masował łechtaczkę, by złagodzić dyskomfort. Jej biodra zaczęły się ruszać, instynktownie, szukając więcej.

– Czuję cię… jesteś taka ciasna – mruknął, jego oddech gorący na skórze pośladków. Zapach potu i podniecenia unosił się wokół nich, dźwięk jej wilgotnych westchnień mieszał się z cichym chlupotem palców.

Gdy była gotowa, wstał, przykładając główkę kutasa do odbytu. Najpierw docisnął lekko, bez wnikania, pozwalając jej przywyknąć do nacisku. Anna patrzyła w lustro, widząc swoje oczy pełne napięcia, jego twarz skupioną, spoconą. Wsunął się powoli, centymetr po centymetrze – gruba żylasta masa rozciągająca ciasny pierścień, wypełniająca ją palącym, pełnym uczuciem. Ból był ostry na początku, ale mieszał się z rozkoszą, gdy dotarł głębiej, dotykając miejsc, których nie znała.

– Kurwa… jesteś taka głęboka – wysapał, gdy był w niej cały, biodra przylegające do jej pośladków. Zaczął poruszać się ostrożnie, powolne pchnięcia, które budowały rytm. Anna krzyknęła cicho, dłoń między nogami, masując cipkę, by potęgować przyjemność. Dźwięk ich ciał – klaskanie skóry o skórę – odbijał się od luster, zapach seksu gęsty, animalistyczny.

Napięcie rosło, ruchy przyspieszały. Marek chwycił jej biodra, wbijając się mocniej, głęboko, każdy centymetr kutasa ślizgającego się w jej odbycie, masującego ścianki. Anna czuła, jak orgazm buduje się w niej – fale gorąca, pulsowanie w cipce i tyłku, mieszanka bólu i ekstazy. W lustrach widziała wszystko: jej piersi kołyszące się, jego mięśnie napięte, pot spływający po plecach.

– Mocniej… pieprz mnie w dupę! – wyszeptała w końcu, wulgarność wyrywająca się z niej w szale podniecenia, gdy granice puściły.

– Tak, kurwa, bierz to – jęknął, przyspieszając, pchnięcia brutalne, głębokie, aż do trzonu. Orgazm uderzył w nią jak fala – ciało zadrżało, cipka trysnęła sokami na podłogę windy, odbyt zaciskający się wokół niego konwulsyjnie. Marek doszedł chwilę później, wypełniając ją gorącym nasieniem, które wyciekało powoli, spływając po udach.

Winda drgnęła nagle, drzwi otworzyły się z hukiem na piętnastym piętrze. Stali tam technicy, patrząc zszokowani. Anna i Marek szybko się ubrali, rumieniąc się, ale w jej oczach błyszczało coś nowego – wyzwolenie. Wyszli, nie mówiąc słowa, ale ich spojrzenia obiecywały więcej. Tego wieczoru, w swoim pokoju, Anna dotknęła się znowu, wspominając lustra i ten pierwszy, analny chrzest. Wiedziała, że to dopiero początek.