W małym, klaustrofobicznym mieszkaniu na obrzeżach miasta, gdzie ściany zdawały się szeptać sekrety, Anna stała przed ogromnym, pokrytym smugami lustrem w sypialni. Było późne popołudnie, światło sączyło się przez żaluzje, rzucając długie cienie na jej bladą skórę. Miała dwadzieścia osiem lat, szczupłą sylwetkę z krągłościami w miejscach, które zawsze przyciągały spojrzenia – pełne piersi, wąska talia i biodra, które kołysały się nieświadomie, gdy chodziła. Jej czarne włosy opadały kaskadą na ramiona, a zielone oczy, zazwyczaj pełne pewności siebie, dziś błyszczały niepewnością. Wiedziała, że on wróci za chwilę. Marek, jej kochanek od sześciu miesięcy, mężczyzna o twardych rysach twarzy, muskularnym torsie i oczach, które paliły jak żar. To, co ich łączyło, było jak narkotyk – mieszanka namiętności i bólu, który graniczyl z ekstazą.
Lustro odbijało jej odbicie: prostą, czarną sukienkę, która przylegała do ciała jak druga skóra, podkreślając krzywiznę bioder i napięte sutki pod cienkim materiałem. Anna przełknęła ślinę, czując, jak serce bije jej szybciej. Zawsze zaczynało się niewinnie – od spojrzenia, dotyku – ale kończyło na granicy, gdzie ciało krzyczało o więcej, a umysł szeptał ostrzeżenia. „Patrz, jak się łamiesz”, powtarzała sobie w myślach, powtarzając tytuł ich prywatnej gry, którą wymyślił on. To było wyzwanie: konfrontacja z własną słabością w odbiciu, podczas gdy on brał to, co chciał. Antycypacja budziła w niej dreszcz – mieszankę strachu i podniecenia, jakby jej skóra już wyczuwała jego dłonie.
Drzwi wejściowe trzasnęły, i jego kroki rozbrzmiały w korytarzu. Anna nie odwróciła się. Stała nieruchomo, patrząc w lustro, jak jej oddech przyspiesza, unosząc i opuszczając piersi. Zapach jego wody kolońskiej dotarł do niej pierwszy – ostry, męski, z nutą drzewa sandałowego, mieszający się z lekkim potem po całym dniu pracy. Poczuła jego obecność za plecami, zanim dotknął jej.
– Jesteś gotowa? – Jego głos był niski, chropowaty, jak szelest liści na wietrze, ale z podtekstem groźby. Ręce, duże i szorstkie od pracy fizycznej, położyły się na jej biodrach, palce wciskające się w materiał sukienki.
– Zawsze jestem – odparła cicho, patrząc w lustro na jego odbicie za sobą. Był wyższy, szerszy; jego koszula opinała napięte mięśnie ramion, a spodnie zdradzały już lekkie wybrzuszenie w kroku. Jej ciało zareagowało instynktownie – ciepło rozlało się między udami, wilgoć zbierając się pod majtkami.
Zaczął od subtelności, jak zawsze. Palce przesunęły się w górę, po bokach jej talii, muskając żebra pod sukienką. Anna zamknęła oczy na moment, czując, jak jego oddech owiewa jej kark – gorący, wilgotny, z lekkim zapachem kawy. Otworzyła je jednak szybko, bo wiedział, że to część gry: miała patrzeć. Jego dłonie dotarły do ramiączek, zsuwając je powoli, odsłaniając ramiona. Materiał sukienki zsunął się niżej, eksponując górną krzywiznę piersi. Sutki stwardniały na chłodnym powietrzu, ciemnoróżowe i wrażliwe, jakby błagały o dotyk.
– Spójrz na siebie – mruknął, nachylając się bliżej. Jego usta musnęły jej ucho, język wychodząc na chwilę, by oblizać płatek. Dreszcz przebiegł w dół jej kręgosłupa, docierając do krocza, gdzie pulsowanie stało się bardziej natarczywe. – Widzisz, jak drżysz? To dopiero początek.
Anna kiwnęła głową, jej oddech stał się płytki. W lustrze widziała, jak jego ręce obejmują jej piersi – nie delikatnie, ale z rosnącą pewnością. Palce zacisnęły się na sutkach, szczypiąc je lekko, co wysłało iskry bólu pomieszanego z przyjemnością prosto do jej rdzenia. Jęknęła cicho, biodra mimowolnie przesuwając się do tyłu, ocierając się o jego twardniejącą erekcję przez spodnie. Czuła jej kształt – długi, gruby, napinający materiał. Zapach jej podniecenia zaczął się mieszać z jego – słony, musky aromat pożądania.
Powoli, ale z narastającą intensywnością, Marek pociągnął sukienkę w dół. Materiał zsunął się po jej ciele jak shed skóra, lądując u stóp w kałuży czerni. Stała teraz w samych czarnych, koronkowych majtkach, które ledwo zakrywały wypukłość sromu. Jej skóra była gładka, blada, z lekkimi piegami na ramionach; brzuch płaski, a między udami – ciemny trójkąt włosów, wilgotny i gotowy. On patrzył przez jej ramię, oczy ciemne od pożądania.
– Piękna – powiedział, ale w jego głosie czaiła się drapieżność. Ręka zsunęła się niżej, palce wsuwając się pod gumkę majtek, muskając wilgotne wargi sromu. Anna westchnęła, czując, jak jej cipka reaguje – sok spływający po palcach, gorąco i lepkie. Poruszył palcem wzdłuż szparki, drażniąc łechtaczkę, która nabrzmiała jak perła pod dotykiem. – Jesteś taka mokra. Dla mnie?
– Tak… dla ciebie – wyszeptała, jej głos drżał. W lustrze widziała swoje rumieńce, spierzchnięte usta, oczy zamglone pożądaniem. Jego drugi palec dołączył, wchodząc płytko w jej wnętrze – ciasne, pulsujące, otaczające go jak aksamit. Poruszał nim wolno, budując napięcie, aż jej biodra zaczęły falować, szukając więcej.
Napięcie rosło jak burza. Marek odwrócił ją twarzą do lustra, przyciskając jej plecy do swojej klatki. Czuła twardość jego ciała – napięte mięśnie brzucha, ciepło skóry przez koszulę. Rozpiął spodnie jednym ruchem, uwalniając kutasa – grubego, żylastego, z główką lśniącą od preejakulatu. W lustrze widziała go: sterczącego dumnie, skierowanego w jej stronę, z lekkim zakrzywieniem ku górze. Jej usta otworzyły się w cichym jęku, gdy dotknął nim jej pośladków, rozsmarowując wilgoć.
– Klęknij – rozkazał, głos teraz twardszy, z nutą władzy. Anna posłuchała, opadając na kolana przed lustrem. Jej odbicie patrzyło na nią z dołu – piersi kołyszące się, sutki twarde, cipka ociekająca. On stanął za nią, jedną ręką chwytając jej włosy, drugą kierując kutasa do jej ust. – Otwórz się. Pokaż mi, jak się łamiesz.
Wsunął się powoli, wypełniając jej usta słonym smakiem – skórzanym, męskim, z lekką goryczką. Językiem poczuła pulsujące żyły na trzonie, główkę dociskającą się do podniebienia. Zaczął poruszać biodrami, głębiej, aż dotknął gardła, wywołując odruch wymiotny, który tylko wzmógł jej podniecenie. Ślina spływała po brodzie, mieszając się z preejakulatem; dźwięk ssania i mlaskania wypełniał pokój, rytmiczny i obsceniczny. W lustrze widziała swoje oczy – łzawiące, pełne poddania – i jego twarz: skupioną, brutalną w swej namiętności.
– Kurwa, jesteś taka dobra – wysapał, ciągnąc za włosy mocniej. – Ssij głębiej, suko. Poczuj, jak cię rozciągam.
Wulgarność jego słów uderzyła jak piorun, rozpalając ogień w jej żyłach. Anna jęknęła wokół jego kutasa, biodra wijące się, cipka tęskniąca za napełnieniem. Wyciągnął się z jej ust z plaśnięciem, ślina łącząca ich na chwilę, i pociągnął ją w górę. Przycisnął ją do lustra – zimnego szkła na gorących policzkach, piersiach, brzuchu. Jej ręce rozłożyły się płasko, palce ślizgające się po powierzchni, gdy wszedł w nią od tyłu jednym, zdecydowanym pchnięciem.
Ból pomieszany z rozkoszą – jego kutas, gruby i nieugięty, rozciągnął jej ścianki, docierając do najgłębszych zakamarków. Czuła każdy cal: pulsowanie w jej wnętrzu, tarcie o wrażliwe punkty, wilgoć spływającą po udach. Zaczął ruchać ją mocno, biodra uderzające o jej pośladki z plaśnięciem skóry o skórę. Lustro drżało lekko pod jej ciałem, odbicie falujące jak w burzy.
– Patrz! – warknął, chwytając jej podbródek, zmuszając do spojrzenia. – Widzisz, jak się łamiesz? Jak cię pieprzę, aż błagasz?
– Tak… o Boże, tak! – krzyknęła, jej głos łamiący się. Każde pchnięcie wysyłało fale przyjemności – od łechtaczki ocierającej się o jego jądra, po sutki miażdżone o szkło. Zapach seksu wypełnił powietrze: słony pot, jej sok, jego musk. Dźwięki – jej jęki, jego gruñnięcia, mokre chlupotanie – budowały crescendo.
Kulminacja nadchodziła jak lawina. Marek przyspieszył, jedna ręka na jej biodrze, druga szczypiąca sutek do granic bólu. Wsunął palec w jej tyłek – ciasny, opierający się na początku, ale wilgotny od potu i soku – dodając warstwę intensywności. Anna krzyczała, ciało drżące, cipka zaciskająca się wokół niego w spazmach orgazmu. Czuła, jak fala rozlewa się od rdzenia – gorąco, pulsujące, eksplodujące w wizjach bieli za zamkniętymi powiekami. On podążył za nią, wylewając się głęboko w niej – gorące strumienie spermy wypełniające ją, spływające po udach.
Osunęli się na podłogę, ciała splatające się w wilgotnej, spoconej kupie. Anna otworzyła oczy, patrząc w lustro na ich odbicie: potargane, naznaczone, złamane w najlepszy sposób. „Patrz, jak się łamiesz” – te słowa echem odbijały się w jej głowie, a ona uśmiechnęła się słabo, wiedząc, że jutro to samo zacznie się od nowa. Albo i nie – bo granica między bólem a ekstazą stawała się coraz cieńsza.