Klucz nie chciał wejść za pierwszym razem. Hanna przekręciła go mocniej, drzwi puściły z jękiem drewna, a od środka buchnęło nagrzanym kurzem i wilgocią z jeziora, która wsiąkła w zasłony.
— O, nareszcie — dobiegło z korytarza. — Myślałam, że zamknęli nas od zewnątrz.
Hanna stanęła w progu z torbą na ramieniu. Na kanapie siedziała boso, ze stopami na podłodze kobieta w wyblakłej koszulce i szortach, z mokrymi włosami spiętymi byle jak. Na stole leżał drugi komplet kluczy, identyczny, tylko na innym kółku.
— To chyba mój domek — powiedziała Hanna.
Kobieta uniosła brew.
— Według esemesa z biura też mój. Klaudia. Giżycko, tydzień, kajak w cenie, grzejnik kapryśny. Znasz schemat?
— Hanna. Ten sam esemes. Tylko bez kajaka.
Przez chwilę patrzyły na siebie. Z portu niósł się brzęk masztów, gdzieś na wodzie ktoś krzyknął komendę i zaraz się roześmiał. Klaudia wstała. Była wyższa, opalona nierówno: szyja ciemniejsza niż brzuch, który mignął, gdy poprawiała koszulkę. Pachniała kremem z filtrem i czymś słonym.
— Biuro zamknięte do rana — powiedziała. — Dzwoniłam. Pani mówi, że system zdublował rezerwację i że „jakoś się dogadacie”. Lubię, kiedy obcy ludzie decydują za mnie o łóżku.
Hanna postawiła torbę.
— Ani ja. Ale nie będę spać w samochodzie, skoro zapłaciłam.
— Jest jedna sypialnia i rozkładana kanapa, która gryzie. Możesz wybrać. Ja i tak wstaję przed świtem, kurs na wodzie.
— Jestem weterynarką. Przyjechałam, żeby przez tydzień nie oglądać niczego na czterech łapach.
Klaudia parsknęła.
— Czyli człowiek wchodzi w grę.
— Człowiek z kluczem do mojego domku jeszcze nie.
Rozpakowały się w milczeniu, które nie było spokojne. Hanna wzięła sypialnię, Klaudia kanapę, choć od razu było widać, że to układ na pokaz. W kuchni stał jeden czajnik, jedna patelnia i wino, które Klaudia wyciągnęła z plecaka jak dowód, że umie negocjować.
— Albo dzwonimy po taksówkę do hotelu — powiedziała, nalewając — albo pijemy i udajemy, że to nie jest głupie.
Hanna wzięła kieliszek. Wino było ciepłe i cierpkie.
— Nie umiem dobrze udawać.
Usiadły na tarasie. Jezioro leżało ciemne, latarnie na molo rysowały cienką kreskę. Klaudia opowiadała o wietrze, który rano będzie za słaby, i o kursantce, która w zeszłym tygodniu wywróciła się trzy razy, bo patrzyła na instruktorkę zamiast na horyzont.
— Ludzie się gapią — dodała, nie odwracając wzroku od Hanny. — Ty też.
— Masz piasek na łydce. Trudno nie zauważyć.
— To nie piasek.
Hanna pochyliła się mimo woli. Na skórze Klaudii został jasny ślad po taśmie od trapezu, cienki i różowy. Dotknęła go palcem, zanim zdążyła pomyśleć, że nie powinna. Klaudia nie odsunęła nogi. Pod opuszką skóra była ciepła, lekko szorstka od słońca.
— Bolą te ślady? — zapytała Hanna.
— Tylko kiedy ktoś się nad nimi pochyla i udaje, że pyta z ciekawości lekarskiej.
— Nie udaję lekarza. Prywatnie jestem zwyczajnie wścibska.
Klaudia odstawiła kieliszek. Jej kolano oparło się o kolano Hanny i zostało.
— To powiedz wprost, na co się gapisz.
Hanna mogła skłamać. Zamiast tego przesunęła wzrok wyżej: po udzie, po szortach, po brzuchu, po ustach.
— Na ciebie. I na to, że mam ochotę sprawdzić, czy reszta też jest tak nagrzana.
Klaudia uśmiechnęła się wolno.
— Nareszcie. Myślałam, że weterynarka będzie dłużej owijać w bawełnę.
— Ciągnęłam to przez całą drogę. Koniec.
Weszły do środka, nie gasząc światła na tarasie. W sypialni okno było uchylone, firanka ruszała się od podmuchu znad wody. Klaudia zamknęła drzwi piętą. Hanna złapała ją za skraj koszulki i ściągnęła ją przez głowę. Pod spodem nie było stanika. Cycki Klaudii były pełne, ciepłe po dniu na słońcu, sutki już twarde. Hanna objęła jeden, ścisnęła, i Klaudia syknęła prosto w jej usta.
— Mocniej — powiedziała. — Nie jestem ze szkła.
Hanna ścisnęła mocniej, przetoczyła sutek między palcami, potem wzięła go do ust. W cichym pokoju było słychać, jak ssie. Klaudia wplotła palce w jej włosy i przycisnęła twarz do piersi.
— Tak. Liż. Chcę czuć zęby.
Hanna przygryzła najpierw lekko, potem mocniej, aż Klaudia sapnęła i rozstawiła nogi. Szorty zeszły razem z majtkami. Między udami była już mokra, cipka lśniła, wargi już rozchylone. Zapach był ostry, słodki, pomieszany z kremem i jeziorem. Hanna uklękła na deskach i wciągnęła go nosem, zanim dotknęła językiem.
— Kurwa — szepnęła Klaudia. — Od razu tam.
Hanna nie droczyła się długo. Rozchyliła ją kciukami i polizała od dołu aż po łechtaczkę, szerokim, mokrym ruchem. Smakowała słono. Klaudia oparła się o komodę, jedną nogę uniosła i zahaczyła o ramię Hanny, rozchylając uda szerzej.
— Język głębiej. Chcę go w cipce, nie tylko po wierzchu.
Hanna wsunęła język do środka, poruszała nim, a kciukiem tarła łechtaczkę małymi kółkami. Klaudia klęła najpierw cicho, potem głośniej, gdy Hanna dodała dwa palce. Weszły łatwo: było ciasno i gorąco. Hanna ruszała nimi powoli, zaginała, szukała miejsca, przy którym uda Klaudii zaczęły drżeć.
— Tam. Zostań. I ssij.
Hanna ssała łechtaczkę, palce pracowały równo, mokre od niej aż po knykcie. Klaudia złapała ją za włosy i zaczęła ocierać się cipką o jej usta, bez wstydu, w rytmie, który sama narzucała.
— Kurwa… tak, nie przestawaj, zaraz…
Doszła krótkim, urwanym krzykiem, cipka zacisnęła się na palcach, a po udzie Hanny spłynęła świeża wilgoć. Hanna nie cofnęła ręki, tylko wolniej pieściła ją, póki trwały skurcze, aż Klaudia odepchnęła jej głowę, śmiejąc się bez tchu.
— Do łóżka. Teraz ty. Chcę cię rozebrać i zerżnąć tak, żebyś zapomniała o tym drugim kluczu.
Hanna wstała. Kolana miała czerwone od desek, usta mokre. Klaudia ściągnęła z niej sukienkę, potem stanik, potem majtki i przez chwilę tylko patrzyła.
— Ładna cipka — powiedziała wprost. — I już cała spuchnięta. Leż.
Hanna położyła się na plecach. Klaudia wlazła między jej uda, pocałowała ją głęboko, żeby obie poczuły ten sam smak, i zsunęła się niżej. Z cyckami się nie spieszyła: lizała, ssała, zostawiała ślady zębów, a dłonią już rozsuwała wargi Hanny.
— Cała mokra, jakbyś dopiero wyszła z wody — mruknęła. — Powiedz, czego chcesz.
— Palców. I języka. I żebyś nie była grzeczna.
Klaudia wsunęła w nią trzy palce od razu, powoli, aż Hanna sapnęła i uniosła biodra. Rozciągało. Klaudia poczekała, aż ciało ustąpi, i zaczęła ruszać nadgarstkiem, głęboko, z mlaskaniem, które wypełniło pokój. Drugą ręką rozchyliła ją i polizała łechtaczkę płasko, potem czubkiem języka, szybko.
— Słyszysz, jaka jesteś mokra? — powiedziała między liźnięciami. — Chcę, żebyś była głośna. Nikt tu nie przyjdzie.
Hanna złapała pościel. Każde pchnięcie trafiało głęboko, kciuk Klaudii ocierał się o łechtaczkę przy ruchu do przodu. Pot zbierał się między piersiami. Klaudia podniosła się, nie wyjmując palców, i położyła się na niej bokiem, udo wciśnięte mocno w jej cipkę.
— Rżnij się o moje udo. Ja będę cię rżnąć palcami.
Hanna zaczęła ocierać się o twardy mięsień uda, ślisko, bezładnie, a Klaudia wbijała palce w tym samym tempie. Ich cycki stykały się, sutki ocierały o sutki. Hanna całowała ją sprośnie, z językiem, z zębami, i powtarzała jej imię, aż głos jej się załamał.
— Jeszcze… mocniej w cipkę… tak, kurwa, tak…
Orgazm szarpnął ostro, od ud w górę ciała. Hanna zacisnęła się na palcach, krzyknęła w szyję Klaudii i ruszała biodrami, dopóki nie zrobiło się za ostro. Klaudia wyjęła palce powoli i oblizała je, patrząc jej w oczy.
— Jeszcze nie śpisz — powiedziała. — Odwróć się.
Hanna uklękła na łóżku, z czołem przy poduszce i uniesionym tyłkiem. Klaudia rozsunęła jej pośladki, pocałowała skórę nad cipką, potem zlizała wilgoć, która ciekła po udzie. Dwa palce weszły znowu od tyłu, kciuk gładził drugą dziurkę tylko po wierzchu, bez wchodzenia, dopóki Hanna nie kiwnęła głową.
— Możesz. Powoli. Ślisko.
Kciuk, mokry od niej, wsunął się płytko. Hanna jęknęła nisko i rozstawiła kolana szerzej. Klaudia ruchała ją palcami w cipce i krótkimi ruchami w dupie, a wolną dłonią sięgała od spodu do łechtaczki. Tempo było równe, twarde, dokładnie takie, o jakie Hanna prosiła między jednym sapnięciem a drugim.
— Dojdź jeszcze raz — powiedziała cicho Klaudia. — Chcę czuć, jak się zaciskasz.
Hanna doszła z twarzą w poduszce, głosem stłumionym, całym ciałem. Klaudia trzymała ją przez cały ten czas, całowała kręgosłup i nie wyciągała rąk, aż drżenie przeszło.
Potem leżały na boku, spocone, z oknem nadal uchylonym. Klaudia wsunęła udo między nogi Hanny i przytuliła ją od tyłu, dłoń luźno na cycku.
— Rano i tak wstanę przed tobą — powiedziała. — Ale biuro może poczekać. Ten domek jakoś się dogadał.
Hanna zaśmiała się w poduszkę, wciąż czując palce, język i ciężar uda między swoimi nogami.
— Zostaw klucze na stole. Drugi raz nie będę szukać, który jest mój.
Część 2 już jutro.