Wieczór w małym, zaniedbanym mieszkaniu na obrzeżach miasta zawsze zaczynał się od ciszy. Lena siedziała na brzegu wiotkiego materaca, który służył za łóżko, jej długie, kasztanowe włosy opadały luźno na ramiona, muskając skórę nagich nóg. Miała na sobie tylko cienką, czarną koszulkę, która ledwo zakrywała jej uda, a w powietrzu unosił się delikatny zapach jej perfum – mieszanka wanilii i czegoś bardziej zmysłowego, jak świeży pot po całym dniu. Była zmęczona po kolejnym shiftsie w kawiarni, ale to zmęczenie miało w sobie nutę oczekiwania. Wiedziała, że on przyjdzie. Zawsze przychodził o tej porze, z tym swoim spojrzeniem, które mówiło więcej niż słowa.
Drzwi skrzypnęły cicho, i w progu stanął Marek. Wysoki, umięśniony, z tatuażami wijącymi się po ramionach jak węże, ubrany w luźne jeansy i podkoszulek przylegający do klatki piersiowej. Jego oczy, ciemne i intensywne, od razu znalazły ją w półmroku. Powietrze zgęstniało od ich wzajemnego spojrzenia – nie było w nim pośpiechu, tylko powolna antycypacja, jak napięta struna gitary, gotowa do pęknięcia.
– Czekałaś na mnie? – zapytał cicho, zamykając drzwi za sobą. Jego głos był niski, wibrujący, jak odległy grom.
Lena skinęła głową, nie odrywając wzroku. Poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej ciele, zaczynając od brzucha i schodząc niżej. Wstała powoli, podeszła do niego, jej bose stopy cicho stukały o drewnianą podłogę. Stanęła blisko, tak blisko, że mogła poczuć zapach jego skóry – mieszankę mydła, potu i lekkiego dymu z papierosa, który palił przed wejściem. Jej dłoń uniosła się, dotknęła jego klatki piersiowej, czując bicie serca pod palcami.
– Zawsze czekam – szepnęła, jej oddech musnął jego szyję.
Marek nie odpowiedział słowami. Zamiast tego pochylił się i pocałował ją – delikatnie na początek, z językiem muskającym jej wargi, badającym ich miękkość. Pocałunek pogłębił się, ich języki splotły się w tanecznym rytmie, a Lena poczuła, jak jej sutki twardnieją pod koszulką, ocierając się o materiał. Ręce Marka zsunęły się na jej biodra, pociągając ją bliżej, i wtedy poczuła go – twardniejącą wypukłość w jego spodniach, naciskającą na jej brzuch. To było jak iskra, która roznieciła ogień; jej cipka zacisnęła się lekko w oczekiwaniu, wilgotniejąc powoli.
Odsunęli się od siebie, dysząc lekko. Marek usiadł na krześle w rogu pokoju, jego nogi rozstawione szeroko, a Lena uklękła przed nim, jej kolana zapadły się w wytarty dywan. Spojrzała w górę, na jego twarz – oczy błyszczały pożądaniem, usta były wilgotne od ich pocałunku. Jej ręce powędrowały do jego paska, rozpinając go z namaszczeniem, jakby to był rytuał. Guzik, zamek – każdy dźwięk metalu brzmiał jak obietnica. W spodniach nie miał bielizny; jego kutas wyskoczył na wolność, półtwardy jeszcze, ale już imponujący – gruby trzon pokryty delikatnymi żyłkami, pulsujący lekko, z główką nabrzmiałą i lśniącą od pierwszej kropli preejakulatu. Lena oblizała wargi, czując smak powietrza – słony, męski.
– Chcesz go? – mruknął Marek, jego głos chrapliwy, dłoń wplatająca się w jej włosy.
– Tak… – odparła cicho, jej palce owinęły się wokół trzonu, czując jego ciepło, gładkość skóry napiętej jak bęben. Powoli przesunęła dłonią w górę i w dół, obserwując, jak rośnie w jej uścisku, twardnieje, wydłuża się do pełnej, pulsującej erekcji. Czuła pod palcami te drobne nierówności, żyły nabrzmiewające krwią, i to sprawiło, że jej majtki stały się wilgotne, klejąc się do warg sromowych.
Pochyliła się, jej oddech owiał główkę, powodując, że Marek jęknął cicho. Najpierw musnęła ją językiem – delikatnie, okrężnym ruchem, smakując słoną perłę na czubku. Smak był ostry, pierwotny, jak morze zmieszane z potem. Jej język zszedł niżej, liznął spód trzonu, śledząc ścieżkę żyły, aż do nasady, gdzie mieszała się z lekkim owłosieniem. Marek westchnął, jego biodra drgnęły lekko.
– Powoli, kochanie… – powiedział, ale w jego głosie słyszała napięcie, rosnące pożądanie.
Lena uśmiechnęła się, biorąc go do ust – na początek tylko główkę, ssąc ją delikatnie, jej wargi zacisnęły się wokół korony, język wirował po wewnętrznej stronie. Czuła, jak pulsuje na jej podniebieniu, ciepły, ciężki, wypełniający usta. Jej ręce masowały jądra – miękkie, ciężkie worki, pokryte delikatną skórą, które kurczyły się lekko pod dotykiem. Zapach był intensywniejszy tu, blisko – muskusu i męskości, który sprawiał, że jej cipka pulsowała, domagając się uwagi. Wsuwając go głębiej, poczuła, jak jej gardło się otwiera, adaptując się, wilgotne i gotowe.
Marek zacisnął dłoń na jej włosach, nie boleśnie, ale stanowczo.
– Głębiej… weź go całego – wyszeptał, jego głos stał się bardziej władczy, napięcie rosło.
Lena westchnęła przez nos, relaksując gardło. Wsunęła go dalej, centymetr po centymetrze, czując, jak trzon ślizga się po jej języku, dociera do tylnej części jamy ustnej, a potem – głębiej. Jej gardło zacisnęło się wokół niego, jak ciepła, wilgotna pochwa, pulsująca w rytm jej oddechu. Czuła każdy szczegół: główkę wciskającą się w ciasny pierścień gardła, naciskającą na ścianki, rozciągającą je. Nie było mdłości, tylko czysta, animalistyczna przyjemność – jej ślina spływała po trzonu, mieszając się z jego sokami, tworząc śliski, głośny dźwięk ssania. Dźwięk wypełnił pokój – mokre, rytmiczne mlaskanie, przerywane jej stłumionymi jękami i jego ciężkim oddechem.
– Kurwa, twoje gardło… jest jak cipka – wychrypiał Marek, jego biodra zaczęły się poruszać, popychając go głębiej, aż jego jądra ocierały się o jej podbródek. Lena poczuła, jak łzy napływają jej do oczu od nacisku, ale to tylko podniecało – ból mieszał się z rozkoszą, jej ręce zsunęły się między swoje nogi, palce wsunęły pod majtki, dotykając wilgotnych warg, obracając łechtaczkę. Była mokra, gorąca, jej cipka ociekała sokami, które spływały po udach.
Teraz ruch był ostry, bezlitosny. Marek trzymał jej głowę, pieprzył jej usta jak pochwę – głęboko, do końca, czując, jak gardło zaciska się wokół niego przy każdym pchnięciu. Dźwięki stały się wulgarne: głośne, chlupoczące ssanie, jej gardło bulgoczące od głębokiego gardłowania, jego jądra klaszczące o jej skórę. Zapach potu wypełnił powietrze, ich ciała lśniły od wysiłku.
– Ssij mocniej, suko… tak, właśnie tak! – ryknął Marek, tracąc resztki kontroli, jego kutas napuchł jeszcze bardziej w jej gardle, pulsując dziko.
Lena jęknęła, jej palce w cipce poruszały się szybko, wbijając się w wilgotne wnętrze, czując skurcze mięśni. Orgazm nadchodził falami – najpierw jej, gdy zacisnęła się wokół palców, sok spływający po dłoni, a potem jego: gorący, gęsty strumień spermy wlał się prosto do jej gardła, solony, lepki, zmuszając ją do połknięcia każdego łyku. Czuła, jak spływa w dół, ciepła fala, a on drżał, trzymając ją blisko, aż ostatnia kropla wycisnęła się na jej język.
Opuścili się na podłogę, dysząc, ciała splątane w lepkim uścisku. Lena oblizała wargi, czując resztki smaku na ustach, a Marek przyciągnął ją do siebie, całując czule, kontrastując z wcześniejszą ostrością.
– Jesteś niesamowita – mruknął, jego dłoń gładziła jej plecy.
Leżała w jego ramionach, serce wciąż biło szybko, ciało roztrzęsione po kulminacji. Wiedzieli, że to nie koniec – napięcie powróci, jak zawsze, gdy zapadnie noc. Ale na razie, w tej chwili, byli tylko oni, ich oddechy i echo tych wulgarnych, podniecających chwil, które splatały ich ciała w jedno.