Grzech w kościele

Anna zawsze uważała się za wzór pobożności. Mężatka od dwudziestu lat, matka dwójki dzieci, wierna parafianka w małym, wiejskim kościele pod wezwaniem Świętego Michała. Jej mąż, Jan, był prostym mechanikiem, a ich małżeństwo – stabilne, choć nudne jak pacierze odmawiane przed snem. Anna chodziła do kościoła nie tylko w niedziele, ale i w tygodniu, na msze poranne, na spowiedzi, na spotkania katechetyczne. Jej długie, kasztanowe włosy zawsze spięte w schludny kok, suknie skromne, kolana obite od klęczenia na zimnych posadzkach. Ale pod tą fasadą kryło się coś, czego sama przed sobą nie przyznawała – głód, palący głód czegoś zakazanego, czegoś, co kazało jej wyobrażać sobie, jak jej ciało poddaje się sile większej niż boska.

Tego czwartkowego popołudnia Anna została dłużej w kościele. Msza skończyła się pół godziny wcześniej, ale ona pozostała, klęcząc przed ołtarzem, szeptając modlitwy o wybaczenie grzechów, których nie popełniła, ale o których śniła. Powietrze w nawie pachniało woskiem ze świec i wilgocią starego kamienia, a przez witraże wpadało złote światło popołudnia, malując podłogę smugami koloru. Była sama – parafianie rozeszli się do domów, ksiądz wyjechał na synodę do miasta. Tylko diakon, starszy mężczyzna o siwych skroniach i przenikliwym spojrzeniu, krzątał się gdzieś z tyłu, w zakrystii. Anna znała go pobieżnie: diakon Marek, wdowiec, człowiek o reputacji surowego, ale sprawiedliwego. Plotki szeptały, że nie stroni od dyscypliny, ale ona nigdy nie zwracała na to uwagi.

Wstała, poprawiając sukienkę, i skierowała się ku wyjściu. Ale kiedy mijała boczne wejście do kaplicy, usłyszała cichy, metaliczny dźwięk – jakby szczęknięcie zamka. Drzwi do małego pomieszczenia obok zakrystii, zawsze zamknięte, uchylone były ledwie na centymetr. Ciekawość, ta diabelska iskra, pchnęła ją do przodu. Pchnęła drzwi delikatnie, a one otworzyły się bezszelestnie. W środku nie było tego, czego się spodziewała – nie magazyn na szaty liturgiczne, nie składzik na wino mszalne. Zamiast tego, schody w dół, do piwnicy, oświetlone bladym blaskiem żarówki. Zapach zmienił się: zamiast wosku, unosił się tu zapach skóry i metalu, coś wilgotnego, jakby potu i strachu.

– Co to? – mruknęła do siebie, ale serce jej zabiło mocniej. Zstąpiła po schodach, stopień po stopniu, czując, jak adrenalina miesza się z lękiem. Na dole, w kamiennej komnacie, ukrytej pod fundamentami kościoła, rozciągała się sala, która wyglądała jak z najczarniejszych snów. Ściany obwieszone hakami, łańcuchami i pejczami. W rogu, drewniany krzyż w kształcie X, z mosiężnymi uchwytami na nadgarstki. Na stole, wyłożonym czarnym suknem, leżały kajdanki, obroże, maski. To nie była kapliczka – to była sala tortur, świętokradcza, diabelska.

– Boże, przebacz mi… – wyszeptała Anna, ale jej dłonie drżały nie z przerażenia, lecz z podniecenia. Wyobrażała sobie, jak jej ciało, to pobożne, uległe ciało, zostaje tu skrępowane, ukarane. Była mężatką, wierną, a jednak ta myśl paliła ją od środka, wilgotna i natarczywa.

Nagle usłyszała kroki. Odwróciła się gwałtownie. W drzwiach stał diakon Marek, jego sylwetka wypełniała framugę. Miał na sobie sutannę, ale w dłoni trzymał pejcz – długi, czarny, z plecionego rzemienia. Jego oczy, szare i zimne, przeszyły ją na wylot.

– Pani Anno? Co pani tu robi? – Głos miał niski, władczy, bez śladu zaskoczenia. Bardziej oskarżycielski.

– Ja… ja nie chciałam… Drzwi były otwarte. – Cofnęła się, plecami dotykając chłodu ściany. Jej oddech przyspieszył, piersi falowały pod skromną bluzką. Czuła, jak sutanna diakona opina jego szerokie ramiona, jak jego dłonie, silne od lat pracy fizycznej, zaciskają się na trzonku pejcza.

– To miejsce nie jest dla słabych dusz. – Podszedł bliżej, zamykając drzwi za sobą. Kliknięcie zamka zabrzmiało jak wyrok. – Ale skoro tu weszłaś, to znak. Bóg karze tych, którzy szukają grzechu.

Anna przełknęła ślinę. Chciała uciec, powiedzieć, że to pomyłka, ale jej nogi odmawiały posłuszeństwa. Zamiast tego, poczuła gorąco między udami, subtelne pulsowanie, które rosło z każdym jego krokiem. Diakon obchodził ją powoli, jak drapieżnik. Jego wzrok ślizgał się po jej ciele: po pełnych biodrach, po smukłej szyi, po drżących dłoniach.

– Jesteś mężatką, prawda? Wierną parafianką. A jednak tu jesteś, w tej… kryptie pokus. – Uśmiechnął się kącikiem ust, podnosząc pejcz i muskając nim jej ramię. Skóra pejcza była chłodna, gładka, a dotyk – elektryzujący. Anna zadrżała, ale nie cofnęła się.

– Proszę… to nie to, co pan myśli. – Jej głos był słaby, ale w głębi duszy błagała o więcej. O karę, o dominację, której nigdy nie zaznała w nudnym łóżku z Janem.

– Naprawdę? – Diakon zatrzymał się przed nią, jego twarz blisko jej. Pachniał mydłem i czymś męskim, pierwotnym. – Więc dlaczego nie uciekasz? Dlaczego twoje oczy błyszczą jak u grzesznicy proszącej o chłostę?

Słowa trafiły w sedno. Anna poczuła, jak jej brodawki stwardniały pod stanikiem, jak wilgoć nasącza bieliznę. To było tabu, zdrada nie tylko męża, ale i Boga – w świętym miejscu, pod ołtarzem. A jednak ta myśl ją podniecała, budziła w niej zwierzęcą żądzę.

– Ja… ja nie wiem. – Szepnęła, opuszczając wzrok. Ale diakon chwycił ją za podbródek, zmuszając, by spojrzała mu w oczy.

– Wiesz. Powiedz to. Błagaj o karę, Anno. Tu, w domu Pańskim, wyznaj swój grzech.

Jej usta otworzyły się same. – Proszę… ukarz mnie. – Słowa wyszły cicho, drżące, ale pełne desperacji. – Użyj pejcza. Zrób ze mną, co chcesz.

Diakon skinął głową, jakby to było nieuniknione. – Klęknij.

Uklękła na zimnej posadzce, kamienie gryzły kolana przez sukienkę. On podszedł do stołu, wybrał obrożę – czarną, skórzaną, z metalową klamrą i kółkiem na łańcuch. Zakładał ją powoli, jego palce muskające jej szyję. Skóra była ciepła od jego dotyku, a zapach – mieszanka garbowanej skóry i jego potu – wdzierał się w nozdrza. Obroża zacisnęła się wokół jej gardła, nie boleśnie, ale dominująco, przypominając o uległości.

– Jesteś moją suką teraz, Anno. W tym kościele, pod okiem Boga, zdradzasz męża i samego Stwórcę. – Przyczepił łańcuch do obroży, pociągając lekko. Anna pisnęła cicho, ale to pisnięcie było pełne rozkoszy.

Następnie kajdanki. Zimny metal zacisnął się na jej nadgarstkach, łącząc je za plecami. Ręce unieruchomione, piersi wypięte do przodu. Diakon rozerwał guziki jej bluzki jednym ruchem, odsłaniając białe, koronkowe staniki. Jej piersi, pełne i ciężkie, uniosły się, sutki twarde jak kamyki pod materiałem.

– Patrz na siebie. Pobożna żona, a pod spodem dziwka spragniona biczowania. – Jego głos stał się twardszy, a dłoń powędrowała do jej spódnicy, podciągając ją powoli. Anna poczuła chłód powietrza na udach, na wilgotnej bieliźnie. On nie spieszył się, budując napięcie – palce ślizgały się po wewnętrznej stronie jej nóg, muskając, ale nie dotykając centrum jej pożądania.

– Proszę… – jęknęła, wijąc się lekko. – Dotknij mnie.

– Błagaj głośniej. Powiedz, czego chcesz, grzeszna suko. – Pejcz musnął jej udo, niebijąc, tylko drażniąc. Skóra drżała pod dotykiem, a ona czuła, jak jej cipka pulsuje, wilgotna i gotowa.

– Chcę, żebyś mnie ubił. Pejczem, tu, w kościele. Ukarz mnie za moje myśli, za zdradę… – Słowa wychodziły coraz szybciej, wulgarne, bo napięcie rosło. – Chcę poczuć ból, chcę być twoją niewolnicą.

Diakon roześmiał się cicho, drapieżnie. Podniósł pejcz i pierwszy raz uderzył – nie mocno, tylko próbnie, w pośladek przez sukienkę. Ból był ostry, palący, ale mieszał się z rozkoszą, rozlewającą się falą po jej ciele. Anna jęknęła, łukując plecy.

– Głośniej. Wyznaj grzechy, podczas gdy cię chłostam.

Rozpoczął rytuał. Pejcz świstał w powietrzu, uderzając w jej tyłek, uda, plecy. Każde pchnięcie było precyzyjne: rzemień gryzł skórę, pozostawiając czerwone pręgi, które paliły jak ogień. Anna wiła się na kolanach, łańcuch brzęczał, a jej jęki odbijały się echem od kamiennych ścian. Ból budził w niej coś pierwotnego – pot spływał po jej plecach, mieszając się z potem diakona, który dyszał ciężko, jego sutanna wybrzuszona w kroku.

– Jesteś wilgotna, Anno. Czuję to. Twoja cipka kapie jak u kurwy w burdelu, a jesteśmy w domu Boga. – Odsunął jej majtki na bok, palcami muskając wilgotne wargi. Była mokra, gorąca, jej soki ściekały po udach. Palec wśliznął się w nią powoli, badając ciasne wnętrze, a ona krzyknęła z rozkoszy.

– Tak! Głębiej, błagam! – Jej głos był chrapliwy, wulgarny w swej desperacji. – Pieprz mnie palcami, diakonie, ukarz moją zdradliwą dziurę!

On dodał drugi palec, ruchając ją mocno, podczas gdy pejcz padał na jej plecy. Dźwięki – mokre chlupanie jej cipki, świst rzemienia, jej wrzaski – wypełniały salę. Czuła każdy szczegół: chropowatość jego palców na delikatnej błonie, pulsowanie łechtaczki pod kciukiem, który ją masował. Zapach jej podniecenia, słony i muszkowy, mieszał się z wonią skóry i potu.

Podniósł ją, ciągnąc za łańcuch, i przykuł do krzyża X. Ramiona rozciągnięte, nogi szeroko, sukienka podciągnięta do pasa. Była wystawiona, bezbronna, jej piersi wyskoczyły ze stanika, sutki czerwone od podniecenia. Diakon zdjął sutannę, odsłaniając muskularne ciało – siwe włosy na klatce, twardy kutas sterczący dumnie, żylasty i gruby, z kroplą preejakulatu na czubku.

– Patrz na to, co dla ciebie mam. Twój mąż nigdy cię tak nie wypełni. – Pochylił się, ssąc jej sutek mocno, gryząc delikatnie. Ból i rozkoszą mieszały się, a ona jęczała, wijąc biodra.

– Weź mnie! Pieprz mnie tu, w tej świętokradczej norze! – Błagała, jej głos echoujący jak modlitwa grzesznika.

Wśliznął się w nią powoli, centymetr po centymetrze. Jego kutas był ogromny, rozciągający jej ciasną cipkę, wypełniający każdy zakamarek. Czuła żylaste żyły ocierające się o ścianki, główkę dociskającą macicę. Ruchał ją mocno, bez litości, podczas gdy pejcz co chwilę padał na jej biodra. Dźwięki ich ciał – klaskanie skóry o skórę, jej mokre mlaskanie, jego pomruki – były symfonią grzechu. Pot spływał po jej brzuchu, mieszając się z sokami, a ona gryzła wargi, by nie krzyczeć zbyt głośno, choć echo niosło jej wrzaski ku górze, do ołtarza.

– Jesteś moją dziwką, Anno! Zdradzasz Boga i męża na moim kutasie! – Warczał, przyspieszając tempa, jego jaja obijające się o jej tyłek.

– Tak! Jestem twoją suką! Chlustaj we mnie, napełnij mnie swoim nasieniem w tym świętym miejscu! – Jej orgazm nadchodził falami, budując się od palców stóp. Czuła skurcze cipki wokół niego, gorąco rozlewające się po brzuchu, po piersiach. Krzyknęła, gdy dosięgnął szczytu, jego sperma tryskająca głęboko, gorąca i obfita, spływająca po udach.

Upadła na kolana, dysząc, obroża wciąż na szyi, kajdanki luźne. Diakon odpiął łańcuch, ale jego dłoń spoczęła na jej głowie, jak błogosławieństwo.

– To dopiero początek kary, Anno. Wrócisz tu jutro. Albo wyznam twojemu mężowi, co widziałem.

Podniosła wzrok, oczy błyszczące. – Wrócę. Błagam o więcej.

Wyszła z kościoła o zmroku, nogi drżące, skóra piekącą od pręg. W domu Jan zapytał, czemu jest spóźniona, ale ona uśmiechnęła się tylko, czując wilgoć między udami. Grzech dopiero się zaczynał – w świętym miejscu, pod maską pobożności, czekała na następną chłostę, na dominację, która wypełniła pustkę jej duszy. A może to był diabeł, szepczący w uchu diakona? Nie wiedziała, ale wiedziała jedno: wróci, by błagać o więcej.