W sercu pulsującego miasta, gdzie wieżowce przebijały chmury jak stalowe szpilki, Anna Kowalska panowała nad imperium finansowym. Jako prezes zarządu jednej z największych korporacji technologicznych, była symbolem władzy: zawsze w nienagannym garniturze, z włosami upiętymi w idealny kok i spojrzeniem, które mogło zmrozić krew w żyłach subordinate’ów. Jej dni mijały na sali konferencyjnej, gdzie dyktowała warunki, a noce… noce należały do niej samej, choć rzadko w pełni. Męża dawno zostawiła w cieniu, skupiona na karierze, ale w ostatnich miesiącach coś się zmieniło. Tajemnicze spojrzenia w lustrze wstecznym limuzyny, wydłużone pauzy w trakcie jazdy – wszystko to budowało niewidzialne napięcie.
Tego wieczoru Anna kończyła późne spotkanie. Godzina 22:00, biurowiec świecił pustkami, tylko echo jej obcasów odbijało się od marmurowej podłogi lobby. Limuzyna czekała na parkingu podziemnym, czarna, lśniąca bestia z przyciemnionymi szybami. Szofer, Marek, stał przy otwartych drzwiach. Był to mężczyzna w średnim wieku, o muskularnej budowie ukrytej pod czarnym uniformem, z twarzą pooraną zmarszczkami od lat spędzonych za kółkiem. Anna znała go od miesięcy – dyskretny, cichy, zawsze na czas. Ale ostatnio jego oczy… one patrzyły inaczej. Nie jak sługa na panią, ale jak drapieżnik na zdobycz.
– Dziękuję, panie Marku – powiedziała, wsiadając do tyłu pojazdu. Jej głos był chłodny, profesjonalny, ale w powietrzu unosiło się coś cięższego, jak zapach nadchodzącej burzy. Skórzana tapicerka limuzyny otuliła jej ciało, a ona westchnęła cicho, opierając głowę o podgłówek. Długość dnia sprawiła, że jej ramiona napięły się pod jedwabistą bluzką, a spódnica sukienkowa podwinęła się lekko, odsłaniając kolana.
Marek zamknął drzwi z cichym trzaskiem i zajął miejsce za kierownicą. Silnik ożył z niskim pomrukiem, a limuzyna sunęła w górę, na opustoszały parking na najwyższym poziomie wieżowca. Anna nie zauważyła, że nie skręcił w stronę wyjazdu na ulicę. Zamiast tego zaparkował w rogu, z dala od świateł i kamer – w cieniu betonowych filarów, gdzie nocne powietrze gęstniało od wilgoci.
– Proszę mi wybaczyć, pani prezes – odezwał się nagle, nie odwracając głowy. Jego głos był głęboki, z lekkim chropowatością, jak żwir pod kołami. – Ale mamy do pogadania.
Anna uniosła brew, prostując się. Co to miało znaczyć? – Gadania? – powtórzyła z nutą irytacji. – Jeśli to o podwyżkę, porozmawiamy jutro w biurze.
Marek zaśmiał się cicho, gasząc silnik. Limuzyna zamarła w ciszy, przerywanej tylko odległym szumem windy. Wyłączył oświetlenie wnętrza, ale księżycowe światło wpadało przez przyciemnione szyby, rzucając srebrne smugi na jej twarz. – Nie o podwyżkę, pani Anno. O to, kto tu naprawdę rządzi.
Jej serce zabiło mocniej. Co on sobie wyobrażał? Był tylko szoferem, pionkiem w jej świecie. Ale w jego tonie czaiło się coś pierwotnego, coś, co kazało jej dłoniom zacisnąć się na torebce. – Natychmiast mnie zawieź do domu – zażądała, sięgając po telefon.
Zanim zdążyła nacisnąć przycisk, Marek był już przy tylnych drzwiach. Otworzył je jednym ruchem, a jego dłoń – silna, szorstka od pracy – złapała jej nadgarstek. Nie boleśnie, ale zdecydowanie. – Nie dzwoń, pani. Nie chcesz, żebym pokazał, co mam.
Anna zamrugała, czując, jak jej oddech przyspiesza. To było absurdalne, ale w tym uścisku kryła się siła, której nie doświadczyła od lat. Jej mąż, delikatny i przewidywalny, nigdy nie dotknął jej w ten sposób. – Puść mnie – wyszeptała, ale głos zdradzał wahanie.
– Puścić? – powtórzył, wciągając ją na parking. Powietrze na zewnątrz było chłodne, niosące zapach deszczu i betonu. Limuzyna stała samotnie, a on zatrzasnął drzwi, popychając ją lekko w stronę maski. Z kieszeni uniformu wyjął coś, co zalśniło w półmroku – pejcz, czarny, skórzany, z cienkim rzemieniem. Skąd to miał? Anna cofnęła się, plecami uderzając w metal karoserii. Jej oczy rozszerzyły się, ale zamiast strachu, coś innego zakiełkowało w jej wnętrzu – iskra podniecenia, zakazana i ostra jak nóż.
– Co ty robisz? – zapytała, próbując zachować autorytet. Ale jej głos drżał, a sutki stwardniały pod bluzką, reagując na chłód i napięcie.
Marek zbliżył się, jego twarz tylko centymetry od jej. Pachniał potem, skórą i czymś męskim, pierwotnym – zapachem dominacji. – Pokazuję ci, kto tu rządzi, pani prezes. Ty rządzisz w tym pieprzonym biurze, ale tu, w tej limuzynie, na tym parkingu… ja decyduję. I wiesz co? Masz powód, żebym to wykorzystał.
Słowa trafiły jak cios. Anna poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Czy on wiedział? O tych mailach, o dyskretnych spotkaniach z kontrahentem męża, o zdradzie, która wisiała w powietrzu jak trucizna? Nie zdradziła ciała, ale emocje… to wystarczyło, by szantaż brzmiał realnie. – O czym ty mówisz? – wyszeptała, ale jej ciało zdradzało ją, drżąc nie tylko ze strachu.
– O twoim mężu. O tych zdjęciach, które znalazłem w twoim telefonie, kiedy czyściłem limuzynę. Spotkania, szepty… Myślisz, że on nie dowie się? Ale ja mogę to załatwić. Za cenę.
Jego dłoń powędrowała do jej policzka, kciuk muskając wargi. Dotyk był elektryzujący, budząc dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Anna próbowała się wyrwać, ale pejcz w jego drugiej ręce musnął jej ramię – lekkie, kuszące smagnięcie, które paliło skórę jak ogień. – Nie… – jęknęła, ale jej biodra przesunęły się nieświadomie bliżej.
– Powiedz „nie”, a odejdę. Ale wiem, że chcesz tego – mruknął, nachylając się. Jego oddech owiał jej szyję, gorący i wilgotny. – Chcesz, żebym przejął kontrolę. Żeby ktoś wreszcie pokazał ci, jak to jest być na drugim końcu.
Napięcie rosło powoli, jak fala oceanu. Anna czuła, jak jej ciało reaguje – wilgoć między udami, przyspieszony puls w skroniach. Była panią świata, ale tu, w tej chwili, chciała się poddać. – Co… co chcesz? – wyszeptała, jej głos łamiący się.
– Na kolana – rozkazał cicho, ale tonem nieznoszącym sprzeciwu. Pejcz uniósł się lekko, grożąc, ale nie uderzając.
Anna zawahała się, jej umysł walczył z ciałem. Ale szantaż wisiał nad nią, a podniecenie paliło jak trucizna. Opuściła się powoli na kolana na zimny asfalt parkingu. Kolana bolały od szorstkości, ale to dodawało smaku – upokorzenie mieszało się z żądzą. Marek stał nad nią, jego krocze na wysokości jej twarzy, wybrzuszenie pod spodniami rosnące z sekundy na sekundę.
– Rozepnij – powiedział, a jego głos stał się głębszy, nasycony pożądaniem.
Jej palce drżały, sięgając do klamry pasa. Rozpięła go, potem zamek, i spodnie opadły, odsłaniając boksery napięte od erekcji. Pachniało nim – słonym potem, męskością. Anna przełknęła ślinę, czując, jak jej usta schną z antycypacji. Wyciągnęła kutasa – grubego, żylastego, z główką nabrzmiałą i lśniącą od preejakulatu. Był większy, niż się spodziewała, pulsujący w jej dłoni jak żywa istota.
– Ssij – rozkazał, a pejcz musnął jej ramię, tym razem mocniej, zostawiając czerwony ślad na skórze pod bluzką.
Anna otworzyła usta, jej język musnął czubek. Smak był słony, gorzki, jak zakazany nektar. Wzięła go głębiej, czując, jak wypełnia jej gardło. Marek jęknął, jego dłoń wplatając się w jej włosy, ciągnąc lekko, dyktując rytm. – Tak, kurwa, właśnie tak – wyszeptał, a wulgarność jego słów uderzyła ją jak prąd, budząc wilgoć w cipce. Ssała wolno na początku, jej wargi ślizgające się po żylastej długości, język wirujący wokół główki, smakując każdą kroplę. Jej ręce objęły jego jądra, ciężkie i napięte, masując je delikatnie, czując ich ciepło i puls.
Parking był cichy, tylko dźwięki – mokre mlaskanie jej ust, ciężki oddech Marka, odległy szum miasta. Anna czuła, jak jej własne ciało płonie: sutki ocierające się o koronkę stanika, wilgoć ściekająca po wewnętrznej stronie ud. To było hardcore’owe, surowe – ona, potężna kobieta, na kolanach przed szoferem, ssąca jego kutasa jak posłuszna dziwka.
– Głębiej, pani – warknął, pchając biodrami. Jego kutas wbił się w jej gardło, powodując dławienie się, ale ona nie cofnęła się. Łzy napłynęły jej do oczu, ale podniecenie rosło, jej cipka pulsowała z żądzą. Pejcz smagnął jej plecy przez bluzkę, paląc skórę, i Anna jęknęła wokół jego członka, wibracje dodające mu rozkoszy.
– Widzisz? – mruknął, ciągnąc ją za włosy, by spojrzała w górę. Jego oczy błyszczały triumfem. – To ja rządzę. Twoja zdrada? Zapomnij o niej. Ale najpierw… do limuzyny.
Podniósł ją szorstko, jej kolana obolałe, usta wilgotne od śliny i jego soków. Wepchnął ją na tylne siedzenie, a sam wszedł za nią, zamykając drzwi. Wnętrze limuzyny było ciasne, intymne – zapach skóry mieszał się z ich potem. Marek rozerwał jej bluzkę, guziki posypały się na podłogę, odsłaniając czarny koronkowy stanik opinający pełne piersi. Jej sutki, twarde jak kamyki, prześwitywały przez materiał.
– Piękna suka – wyszeptał, jego dłonie chwyciły jej piersi, ściskając je mocno, kciuki drażniące sutki. Anna westchnęła, archując plecy, czując ból mieszający się z rozkoszą. Pejcz powędrował niżej, smagając jej brzuch, potem uda, zostawiając czerwone pręgi na skórze.
– Proszę… – jęknęła, jej głos łamiący się. – Więcej.
– Więcej? – powtórzył z szyderczym uśmiechem. – Błagaj, pani prezes.
Jej duma walczyła, ale ciało wygrało. – Błagam… zdominuj mnie.
To wystarczyło. Marek zdarł z niej spódnicę, odsłaniając czarne stringi przemoczone wilgocią. Jej cipka była ogolona, łechtaczka nabrzmiała, wargi wilgotne i różowe. Wsunął palce, dwa na raz, czując jej ciasnotę i gorąco. – Jaka mokra dziwka – warknął, a wulgarność wreszcie wybuchła, pasując do chwili. Palce poruszały się szybko, drażniąc punkt G, sprawiając, że jej biodra unosiły się z jękiem. Zapach jej podniecenia wypełnił auto – słodki, musky, mieszający się z jego męskim aromatem.
Pejcz smagnął jej wewnętrzną stronę uda, blisko cipki, i Anna krzyknęła, orgazm budujący się jak fala. Ale on nie pozwolił jej dojść. Wyciągnął palce, lśniące od jej soków, i wepchnął je w jej usta. – Smakuj siebie, suko.
Ona ssała posłusznie, oczy zamglone pożądaniem. Potem Marek odwrócił ją na czworaka na szerokim siedzeniu, jej dupka w górze, stringi zsuniete na bok. Pejcz uderzył – raz, dwa, trzy razy – na pośladki, każdy cios palący jak piekło, ale budzący ekstazę. Skóra czerwieniała, pulsując bólem, a jej cipka ociekała.
– Weź mnie – błagała, głos chrapliwy.
Jego kutas, twardy i gotowy, wbił się w nią jednym pchnięciem. Było hardcore’owo, brutalnie – wypełnił ją po brzegi, główka docierając do najgłębszych zakamarków. Anna krzyknęła, jej ścianki cipki zaciskające się wokół niego, masując każdy cal. Poruszał się szybko, biodra uderzające o jej dupę z plaśnięciem, pejcz raz po raz smagający plecy, dodając warstwę bólu do rozkoszy.
– Kurwa, jaka ciasna – jęczał, jego ręce ściskające jej biodra, zostawiające siniaki. Dźwięki wypełniały limuzynę: mokre chlupotanie ich ciał, jej jęki, jego warknięcia. Czuła każdy szczegół – żylaste pulsowanie w jej wnętrzu, tarcie o łechtaczkę przy każdym pchnięciu, zapach potu i seksu ciężki w powietrzu.
Orgazm uderzył ją jak tsunami – jej cipka zacisnęła się, soków tryskających po jego kutasie, ciało drżące w konwulsjach. Marek nie przestał, przedłużając jej mękę, aż sam doszedł, wypełniając ją gorącym nasieniem, które ściekało po udach.
Leżeli dysząc, limuzyna kołysząca się lekko od ich ruchów. Anna poczuła ulgę, winę, ale też wyzwolenie. Szantaż? Może to był pretekst. Marek pogładził jej czerwone pręgi, jego dotyk teraz delikatny. – Kto tu rządzi? – zapytał cicho.
– Ty – wyszeptała, a w jej głosie brzmiała nowa prawda.
Ale gdy limuzyna ruszyła w noc, Anna wiedziała, że to nie koniec. Zdrada, dominacja – to dopiero początek ich gry. Parking został w tyle, ale napięcie pozostało, wiszące jak obietnica następnego spotkania.