Maski weneckie, ciała bez twarzy

W luksusowym hotelu nad Canal Grande w Wenecji, gdzie powietrze gęste jest od wilgoci i echa gondoli, para swingersów, Anna i Marek, wkroczyła do wielkiej sali balowej. Była to jedna z tych dyskretnych imprez, gdzie maski weneckie ukrywały tożsamości, a powietrze gęstniało od niewypowiedzianych obietnic. Anna, z czarną maską w kształcie łabędziej głowy, otulała swoje smukłe ciało w obcisłą, czarną sukienkę, która ledwie skrywała krzywizny bioder i pełne piersi. Marek, w masce wilka z piór, w smokingu, czuł, jak jego serce bije szybciej, gdy patrzył na żonę – nie lęk, ale ekscytacja, ta słona nuta w ustach, jakby już smakował nadchodzące noce.

Sala była oświetlona kryształowymi żyrandolami, rzucającymi złote refleksy na twarze ukryte za maskami – arlekinami, kotami, demonami. Muzyka, niska i pulsująca, jak oddech kochanka, mieszała się z szeptami i śmiechem. Inni goście, swingersi z różnych zakątków Europy, krążyli po sali: ona w koronkowej bieliźnie pod rozcięciem sukni, on z dłonią na jej talii, ich oczy lśniące zza masek. Anna poczuła dreszcz, gdy obcy mężczyzna – wysoki, z maską węża – podszedł bliżej, jego palce muskając jej ramię. To był początek, subtelny taniec antycypacji, gdzie spojrzenia mówiły więcej niż słowa.

– Witajcie w naszym labiryncie – powiedział on gardłowym głosem, z lekkim akcentem włoskim. – Tutaj twarze nie istnieją, tylko ciała. Gotowi zgubić się?

Marek skinął głową, jego dłoń na plecach Anny ścisnęła się delikatnie, przekazując zgodę. Ruszyli na parkiet, gdzie pary wirowały w półmroku. Anna poczuła, jak ciało mężczyzny w masce węża ociera się o jej biodro, jego ciepło przenikające materiał sukni. Zapach jego wody kolońskiej, mieszanka piżma i cytrusów, drażnił nozdrza. Marek, z tyłu, obserwował, jak inny mężczyzna – ten w masce feniksa – podchodzi do Anny, jego ręka sunąc po jej szyi, palce muskające skórę tuż pod uchem. Napięcie rosło powoli, jak fala laguny, budząc w niej ciepło między udami.

Godziny mijały w tańcu i flirtach. Anna szepnęła do Marka, gdy znaleźli się sami w alkowie:

– Czuję ich oczy na sobie. To… podniecające. A ty?

– Widzę, jak się rumienisz – odparł Marek, jego głos niski, palce kreślące linię jej kręgosłupa. – Chcę cię zobaczyć, jak tracisz kontrolę. Bez masek, bez imion.

W końcu drzwi do prywatnej części hotelu otworzyły się, prowadząc do suity na górnym piętrze – wielkiej komnaty z łożami oplecionymi baldachimami, świecami rzucającymi cienie na aksamitne poduszki. Orgia zaczynała się tu, wśród kilkunastu ciał, gdzie swingersi zrzucali inhibicje jak maski. Anna weszła pierwsza, jej oddech przyspieszony, serce walące jak bęben. Powietrze było ciężkie od perfum, potu i rosnącego podniecenia – ten słony, muskający zapach skóry, który obiecywał rozkosz.

Grupa zebrała się wokół centralnego łoża: ona, drobna blondynka w masce motyla, z piersiami ledwie zakrytymi tiulem; on, muskularny brunet w masce lwa, z widocznym wybrzuszeniem w spodniach; para starsza, z maskami kolombin, ich dłonie splatające się z młodszymi. Marek stał z boku, obserwując, jak Anna siada na brzegu łóżka, jej sukienka podciągnięta, odsłaniająca gładkie uda. Mężczyzna w masce węża podszedł, klęknął przed nią, jego dłonie sunące po jej łydkach w górę, palce drażniące wewnętrzną stronę kolan.

– Pozwól mi cię dotknąć – mruknął, jego oddech gorący na jej skórze.

Anna spojrzała na Marka, szukając potwierdzenia w jego oczach zza maski. Skinął głową, a ona rozchyliła nogi lekko, czując, jak jego palce docierają do krawędzi bielizny, muskając wilgotną tkaninę. Napięcie w niej rosło, sutki twardniały pod suknią, a między nogami budził się pulsujący głód. Marek podszedł bliżej, jego ręka na ramieniu blondynki w masce motyla, która odwzajemniła gest, jej palce rozpinające jego koszulę, odsłaniając umięśniony tors, pokryty lekkim potem.

Nagle napięcie pękło. Mężczyzna w masce węża ściągnął bieliznę Anny, odsłaniając jej wygoloną cipkę, różową i już wilgotną, wargi nabrzmiałe od antycypacji. Jego język dotknął jej łechtaczki, delikatnie na początek, krążąc wolno, smakując słony nektar jej podniecenia. Anna jęknęła cicho, jej dłonie wplatające się w jego włosy pod maską, ciągnąc go bliżej. Zapach jej podniecenia mieszał się z jego potem, dźwięk ssania i mlaskania wypełniał pokój, a ona czuła, jak fale rozkoszy rozchodzą się od krocza po całe ciało, sutki bolące od napięcia.

– O tak… lizaj mnie głębiej – wyszeptała Anna, jej głos drżący, budząc w sobie tę wulgarność, która rosła z pożądaniem.

Marek, tymczasem, całował blondynkę, jego język wplatający się w jej usta, smakując wino i słodycz jej śliny. Ona rozpięła jego spodnie, uwalniając kutasa – twardego, pulsującego, z żyłami nabrzmiałymi, główką lśniącą od preejakulatu. Jej dłoń oplotła go, masując wolno, od nasady po czubek, czując, jak drży w jej uścisku. Inni dołączali: mężczyzna w masce lwa pochylił się nad Anną, jego usta chwytające jej sutek przez suknię, ssąc mocno, aż ткань zmokła od śliny. Ona krzyknęła, jej biodra unosząc się, wpychając cipkę w usta węża.

Orgia nabierała tempa, ciała splatające się w chaosie. Anna została położona na łóżku, jej maska zsunięta na bok, ale twarz wciąż ukryta – tylko ciało otwarte, gotowe. Mężczyzna w masce węża wślizgnął się w nią powoli, jego kutas – gruby, z żylastą powierzchnią – rozciągając jej ścianki, wypełniając centymetr po centymetrze. Czuła każdy detal: pulsowanie w sobie, tarcie główki o punkt G, wilgoć spływającą po udach. Jęknęła głośno, jej paznokcie wbijające się w jego plecy.

– Kurwa, jesteś taka ciasna… bierz mnie całego – warknął on, jego biodra uderzające mocniej, dźwięk klaskającej skóry wypełniający powietrze.

Marek, obok, pieprzył blondynkę od tyłu, jego ręce na jej biodrach, wbijając się głęboko, czując, jak jej cipka ściska go rytmicznie. Ona krzyczała, jej piersi kołyszące się, sutki czerwone od szczypania. Starsza para dołączyła: kobieta w masce kolombin usiadła na twarzy Anny, jej owłosiona cipka ocierająca się o usta, smak słony i kwaśny, sok spływający po brodzie Anny, która lizała łapczywie, język penetrujący głęboko. Mężczyzna z tej pary brał Marka w usta, ssąc jego jaja, podczas gdy on ruchał blondynkę.

Napięcie kulminowało w wirze ciał – orgia pełna hardcore’owego szaleństwa. Anna, z kutasem węża w cipce i językiem blondynki na sutkach, doszła pierwsza, jej ciało drżące, mięśnie cipki ściskające go w konwulsjach, sok tryskający na pościel. Krzyknęła:

– Pieprz mnie mocniej, rozjeb mnie!

Inni podążyli: Marek wypełnił blondynkę gorącym nasieniem, czując skurcze jej orgazmu wokół swojego kutasa, zapach spermy i potu gęsty w powietrzu. Mężczyźni change’owali partnerki, kutasy wślizgując się w nowe cipki, dłonie i usta eksplorujące każde wgłębienie – odbyty lizane, palce wbijane w tyłki, smaki mieszające się w orgii sensorycznej.

Gdy świt malował niebo nad Wenecją, ciała opadły wyczerpane, maski rozsypane na podłodze. Anna leżała w ramionach Marka, ich skóry lepkie od potu i fluidów, serca wciąż bijące szybko. Spojrzała na niego zza zmrużonych powiek, uśmiechając się.

– To było… bez twarzy, ale tak prawdziwe – szepnęła.

Marek pocałował ją, smakując resztki cudzych smaków na jej ustach. Wiedzieli, że to nie koniec – labirynt Wenecji krył więcej masek, więcej nocy.