Wesele dobiegło końca w blasku księżyca, który sączył się przez wysokie okna starej rezydencji na obrzeżach miasta. Powietrze było ciężkie od zapachów róż i szampana, pomieszanych z lekkim dymem z fajerwerków, które jeszcze chwilę temu rozświetlały niebo. Anna, panna młoda, stała w centrum wielkiej sali balowej, otoczona przez grupę dawnych przyjaciół – mężczyzn, z którymi kiedyś dzieliła tajemnice studenckich nocy, a dziś, po kilku toastach zbyt wielu, granice zdawały się topnieć jak lód w ich szklankach. Jej suknia, biała jak śnieg, leżała teraz na podłodze w nieładzie, jakby zrzucona w akcie kapitulacji przed nocą, która miała być początkiem czegoś nowego. Ale to nie mąż, którego zostawiła u rodziny, był tu z nią. To oni – pięciu silnych, roześmianych mężczyzn – krążyli wokół niej, ich oczy błyszczące głodem, który budził się powoli, jak fala oceanu.
Anna poczuła dreszcz, gdy dotknęła gołymi stopami chłodnej posadzki. Suknia zsunęła się z jej ciała kilka minut wcześniej, pod pretekstem żartobliwego tańca, ale teraz, w ciszy po muzyce, rzeczywistość uderzyła w nią z siłą. Była naga, jej skóra lśniąca w półmroku, piersi falujące lekko z każdym oddechem, sutki stwardniałe od chłodu i czegoś więcej – antycypacji, która ściskała jej brzuch. Mężczyźni, jej dawni koledzy z uniwersytetu, patrzyli na nią z mieszanką podziwu i pożądania. Byli wysocy, opaleni od lata, ich koszule rozchełstane, odsłaniające umięśnione torsy naznaczone bliznami od sportu i życia. Powietrze gęstniało od ich męskiego zapachu – potu wymieszanego z kolonią i alkoholem – który drażnił jej nozdrza, budząc wspomnienia z przeszłości.
– Jesteś piękna, Aniu – mruknął pierwszy, Marek, podchodząc bliżej. Jego głos był niski, wibrujący, jak odległy grom. Wyciągnął rękę, muskając palcami jej ramię, a skóra odpowiedziała gęsią skórką. – Zawsze taka byłaś. A dziś… dziś wyglądasz jak bogini.
Ona skinęła głową, serce bijące szybciej. Nie cofnęła się. To był jej wieczór, jej wybór – po tylu latach konwenansów, po ślubie, który wydawał się bardziej obowiązkiem niż pasją, pragnęła czegoś dzikiego, nieokiełznanego. Pozwoliła, by jego dłoń zsunęła się niżej, na krzywiznę biodra, gdzie skóra była gładka i ciepła. Inni patrzyli, ich oddechy stawały się cięższe, a w spodniach rysowały się pierwsze oznaki podniecenia – wybrzuszenia, które kusiły jej wzrok.
– Co robimy? – zapytała cicho, choć wiedziała. Jej głos drżał, mieszanka strachu i ekscytacji. – To… to szalone.
– Nic, czego byś nie chciała – odparł Tomek, drugi z nich, klękając obok i podnosząc fragment sukni z podłogi. Przesunął nim po jej łydce, materiał szeleszczący jak szept. – Pamiętasz te noce w akademiku? Zawsze byłaś w centrum. Dziś też.
Napięcie rosło powoli, jak napięta struna. Anna poczuła, jak jej ciało reaguje – wilgoć między udami, ciepło rozlewające się po podbrzuszu. Marek przyciągnął ją do siebie, jego usta znalazły jej szyję, całując delikatnie, ssąc skórę, aż poczuła lekki ból pomieszany z rozkoszą. Jego dłonie objęły jej piersi, palce obracające sutki, które stwardniały jeszcze bardziej, wysyłając iskry prosto do jej krocza. Zapach jego skóry, słony i ziemisty, wypełnił jej nozdrza, a ona westchnęła, opierając się o niego.
Pozostali dołączyli, ich ruchy ostrożne na początku, badawcze. Kuba, wysoki blondyn, stanął za nią, jego twardy brzuch przyciskając się do jej pleców. Poczuła jego erekcję przez spodnie, gorącą i sztywną, ocierającą się o jej pośladki. – Jesteś taka miękka – wyszeptał, jego oddech gorący na jej uchu. – Chcę cię dotknąć wszędzie.
Anna zamknęła oczy, pozwalając, by ręce Kuby zsunęły się na jej brzuch, palce muskające brzeg ciemnego trójkąta między nogami. Nie penetrował jeszcze, tylko drażnił, krążąc wokół łechtaczki, która nabrzmiała pod jego dotykiem. Dźwięk ich oddechów mieszał się z cichymi westchnieniami – jej, ich – a sala wydawała się mniejsza, intymniejsza, jak kokon z dala od świata.
– Chodźcie bliżej – powiedziała, jej głos nabierający pewności. – Chcę was wszystkich.
To było zaproszenie. Napięcie eksplodowało subtelnie, przechodząc w akcję. Marek ukląkł przed nią, jego usta znalazły jej pierś, język wirujący wokół sutka, ssący mocno, aż poczuła falę ciepła w dole ciała. Tomek dołączył, całując jej uda, jego broda łaskocząca wewnętrzną stronę, zbliżając się do źródła jej podniecenia. Zapach jej własnej wilgoci uniósł się w powietrzu – słodki, musujący – mieszając się z ich męskimi feromonami.
– Smakujesz jak miód – mruknął Tomek, jego język w końcu dotykając jej sromu, liżąc delikatnie wargi sromowe, rozchylając je powoli. Anna jęknęła, jej ręce wplatając się we włosy Marka, ciągnąc go bliżej. Czuła każdy ruch – wilgotny, ciepły dotyk języka na łechtaczce, ssanie, które wysyłało wstrząsy przez jej rdzeń kręgowy. Jej cipka pulsowała, sok spływający po udach, a oni lizali, smakując ją, ich jęki wibrujące na jej skórze.
Inni nie czekali. Kuba rozpiął spodnie, jego penis wyskoczył wolny – gruby, żylasty, z główką lśniącą od preejakulatu. Przycisnął go do jej dłoni, a ona objęła go instynktownie, czując pulsującą żyłę pod palcami, gładką skórę i ciepło. – Ssij go – poprosił, jego głos chrapliwy. Anna pochyliła się, jej usta obejmując czubek, smak słony i słodyczy na języku. Ssała powoli, język krążący wokół żołędzi, biorąc go głębiej, aż poczuła, jak dotyka jej gardła. Dźwięk jej ssania – mokry, rytmiczny – mieszał się z jękami grupy.
Orgia nabierała tempa, przechodząc w gangbang, z Anną w centrum, jak obiecywał tytuł tej nocy. Leżała na dywanie, suknia pod nią jak biała flaga poddania, a oni otaczali ją kręgiem. Marek wszedł w nią pierwszy – jego penis, długi i prosty, rozchylając jej wilgotne wargi, wślizgując się centymetr po centymetrze. Czuła go całego: nacisk na ścianki pochwy, tarcie żołędzi o punkt G, wypełnienie, które rozciągało ją boleśnie i rozkosznie. – Kurwa, jesteś ciasna – wysapał, jego biodra uderzające w rytmie, skóra klaskająca o skórę. Zapach seksu wypełnił salę – pot, sperma, jej soki – a ona krzyknęła, paznokcie wbijające się w jego plecy.
– Mocniej! – zażądała, jej głos wulgarny teraz, napędzany żądzą. – Pieprz mnie jak dziwkę!
Tomek wziął jej usta, jego kutas wciskając się głęboko, dławiąc ją lekko, ale ona ssała zachłannie, smakując słoność jego podniecenia. Kuba i reszta dotykali jej wszędzie – palce w odbycie, drażniące ciasny pierścień, piersi ugniatane, sutki szczypane. Jeden po drugim wchodzili w nią: Kuba z tyłu, penetrując jej dupę powoli, smarując śliną, aż w końcu wbił się głęboko, podwójne wypełnienie sprawiające, że wiła się w ekstazie. Czuła każdy cal – rozciąganie, tarcie, ból mieszający się z rozkoszą, orgazm budujący się warstwa po warstwie.
– Weź nas wszystkich, suko – jęknął jeden z nich, Piotr, wchodząc w jej cipkę, gdy Marek wyszedł, ich kutasy ocierające się o siebie przez cienką ściankę. Dźwięki były obsceniczne: mokre plaśnięcia, chlupot, jej wrzaski mieszające się z ich stęknięciami. Smak spermy na języku, gdy Tomek doszedł pierwszy, strzelając gorącym strumieniem do jej gardła – gęstym, gorzkawym, spływającym po brodzie. Ona połykała, oczy łzawiące, ciało drżące od nadmiaru wrażeń.
Kulminacja nadeszła falami. Anna krzyczała, jej orgazm rozrywający ją od środka – skurcze pochwy ściskające penisy, łechtaczka pulsująca pod palcami, całe ciało napięte jak łuk. Oni kończyli po kolei: sperma tryskająca na jej brzuch, piersi, w twarz – lepka, ciepła, kapląca po skórze. Zapach był intensywny, pierwotny, a ona leżała w kałuży ich nasienia, dysząc, ciało lśniące od potu i soków.
Gdy ostatnia fala opadła, sala zamilkła, tylko ich oddechy echo. Anna podniosła wzrok, patrząc na nich – zmęczonych, zadowolonych, wciąż głodnych. – To dopiero początek – wyszeptała, jej głos ochrypły. Wesele skończyło się, ale noc trwała, z suknią na podłodze jako świadkiem ich tajemnicy, a horyzontem pełnym więcej orgazmów, więcej ciał splecionych w chaosie pożądania. Co przyniesie ranek? Nie wiedziała, ale w tej chwili, w centrum ich świata, czuła się żywa jak nigdy.