Podłoga, pot, siniaki w kształcie dłoni

W małym, zaniedbanym mieszkaniu na obrzeżach miasta, gdzie powietrze zawsze pachniało wilgocią i starością, Anna stała przed lustrem, wpatrując się w swoje odbicie. Miała dwadzieścia osiem lat, figurę wyrzeźbioną latami瑜zy i przypadkowych romansów, ale tej nocy czuła się jak napięta struna. Jej skóra, blada i gładka, lśniła lekko od lekkiego potu, który就开始 perlić się na karku. Wiedziała, że on przyjdzie. Marek, ten brutalny typ z siłowni, który patrzył na nią zawsze jak na łup. Spotkali się przed tygodniem w barze, gdzie jego dłonie na jej talii były pierwszym ostrzeżeniem – mocne, possessive, obiecujące burzę.

Pokój był ciasny, z podłogą z surowych desek, które skrzypiały pod każdym krokiem. Anna ubrała się prowokująco, ale subtelnie: czarna, obcisła sukienka opinająca jej pełne piersi i zaokrąglone biodra, bez bielizny, by poczuć chłód powietrza na skórze. Serce biło jej szybciej, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła je, a tam stał on – wysoki, umięśniony, z tatuażami wijącymi się po ramionach jak węże. Jego oczy, ciemne i głodne, przesunęły się po niej powoli, od dekoltu w dół, zatrzymując na udach.

– Cześć, maleńka – mruknął niskim głosem, wchodząc bez zaproszenia. Zamknął drzwi kopniakiem, a jego zapach – mieszanka męskiego potu i kolonii – wypełnił przestrzeń.

– Wiedziałam, że przyjdziesz – odparła Anna, starając się brzmieć pewnie, choć jej głos drżał lekko. Podeszła bliżej, czując, jak napięcie między nimi gęstnieje jak mgła. Jego dłoń dotknęła jej ramienia, palce ślizgające się po skórze, budząc dreszcze.

Rozmawiali chwilę, o niczym – o pracy, o mieście – ale każde słowo było podszyte podtekstem. Marek siedział na brzegu łóżka, a ona stała przed nim, pozwalając, by jego wzrok ją obnażał. Powoli, jakby testując granice, pochylił się i pocałował jej brzuch przez materiał sukienki. Jęknęła cicho, czując ciepło jego ust, wilgoć języka przesiąkającą tkaninę. To był początek – subtelny, ale pełen obietnicy.

– Zdejmij to – powiedział, jego głos stając się szorstki, dłoń wślizgująca się pod sukienkę, muskająca wewnętrzną stronę uda.

Anna uniosła ręce, pozwalając, by sukienka zsunęła się na podłogę. Stała naga przed nim, jej sutki stwardniałe od chłodu i podniecenia, łonowe włosy przystrzyżone w schludny trójkąt, skóra gęsią skórką. Marek wstał, zrzucając koszulę; jego tors, pokryty bliznami i mięśniami, lśnił od lekkiego potu. Pocałował ją mocno, jego wargi miażdżące jej usta, język wdzierający się głęboko, smakujący piwem i pożądaniem. Ręce wędrowały po jej ciele – ściskały pośladki, palce wpijały się w skórę, zostawiając pierwsze czerwone ślady.

– Chcę cię poczuć – wyszeptała Anna, jej dłonie zjeżdżające po jego klatce, czując twardość mięśni i bijące pod nimi serce.

Popchnął ją delikatnie, ale stanowczo na podłogę. Drewno było zimne pod jej plecami, chropowate, kontrastujące z gorącem jego ciała, gdy uklęknął nad nią. Jego dłonie unieruchomiły jej nadgarstki nad głową, palce zaciskające się mocno, aż poczuła pulsowanie krwi. Całował jej szyję, gryząc skórę, zostawiając czerwone plamy, które jutro staną się siniakami. Anna wiła się pod nim, jej biodra unosząc się instynktownie, szukając tarcia o wybrzuszenie w jego spodniach.

– Jesteś moja na tę noc – mruknął, jego oddech gorący na jej uchu. Rozpiął pasek, zrzucając spodnie; jego penis wyskoczył na wolność, gruby i żylasty, z główką nabrzmiałą i wilgotną od preejakulatu. Anna patrzyła na niego z mieszanką strachu i pożądania, czując, jak jej cipka wilgotnieje, soki spływające po wewnętrznej stronie ud.

Zaczął powoli, budując napięcie: jego palce wślizgnęły się między jej nogi, muskając łechtaczkę, która stwardniała pod dotykiem. Krążył wokół niej, drażniąc, wchodząc płytko w wilgotne fałdy, czując, jak jej ścianki pulsują. Anna jęczała, jej biodra falując, pot spływający po plecach i mieszający się z kurzem na podłodze. Zapach jej podniecenia – słony, musky – wypełnił powietrze, mieszając się z jego męskim aromatem.

– Proszę… – wyszeptała, jej głos drżący. – Wejdź we mnie.

Zamiast tego, puścił jej ręce i odwrócił ją na brzuch. Podłoga ocierała się o jej sutki, twarde i wrażliwe, wysyłając fale rozkoszy przez ciało. Marek uklęknął za nią, jego dłonie ściskające jej biodra, palce wpijające się w skórę, zostawiając siniaki w kształcie dłoni – czerwone, palące odciski jego posiadania. Pochylił się, liżąc jej kark, gryząc ucho, podczas gdy jego penis ocierał się o jej pośladki, smarując je wilgocią.

– Będziesz krzyczeć – powiedział, jego głos niski, brutalny. Wsunął się w nią jednym pchnięciem, głęboko, rozciągając jej cipkę do granic. Anna krzyknęła, ból mieszający się z rozkoszą – jego grubość wypełniała ją całkowicie, główka docierająca do najgłębszych zakamarków, ocierająca się o ścianki macicy. Pot spływał po ich ciałach, kapiąc na podłogę, tworząc kałużę pod jej kolanami.

Poruszał się ostro, bez litości – każde pchnięcie mocne, rytmiczne, jego jądra uderzające o jej łechtaczkę z mokrym plaśnięciem. Dźwięki wypełniały pokój: jej jęki przechodzące w krzyki, skrzypienie podłogi, ciężki oddech. Jego dłonie na jej biodrach zaciskały się mocniej, siniaki ciemniejąc, palce ślizgające się po potu. Anna czuła każdy cal jego penisa – żyły pulsujące wewnątrz niej, ciepło rozlewające się po jej rdzeniu.

– Kurwa, jesteś taka ciasna – warknął, przyspieszając, jego biodra uderzające o jej tyłek z siłą, która sprawiała, że jej ciało przesuwało się po podłodze. – Bierz to, suko.

Słowa uderzyły ją jak policzek, ale wzmagały podniecenie – wulgarne, surowe, pasujące do tej burzy. Przechylił jej głowę do tyłu za włosy, gryząc ramię, podczas gdy jego wolna ręka zsunęła się na jej łechtaczkę, pocierając brutalnie. Orgazm nadszedł falą – jej cipka zacisnęła się wokół niego, soki tryskające, mięśnie drżące w konwulsjach. Krzyczała, paznokcie drapiące podłogę, pot lejący się strumieniami.

Marek nie zatrzymał się; pchał dalej, jego ruchy stając się chaotyczne, grube. Wyciągnął się z niej nagle, obracając na plecy – podłoga lepka od ich potu i soków. Wsunął się ponownie, tym razem patrząc jej w oczy, jego dłonie ściskające jej gardło lekko, kontrolująco. Widziała w jego spojrzeniu dzikość, czuła zapach ich zmieszanych ciał – słony pot, seks, pierwotna żądza.

– Dojdź ze mną – jęknęła, jej nogi oplatające jego biodra, paznokcie wbijające się w plecy.

Kulminacja nadeszła jak eksplozja: jego penis spiął się wewnątrz niej, gorący strumień spermy wypełniający jej wnętrze, mieszający się z jej wilgocią. Drżał, warcząc, jego ciało napinające się nad nią. Anna doszła po raz drugi, fale rozkoszy rozrywające ją, wizja rozmazana, smak krwi na wardze od ugryzienia.

Leżeli potem na podłodze, dysząc, ciała śliskie i obolałe. Siniaki na jej biodrach i ramionach pulsowały, odciski jego dłoni jak pieczęcie. Marek pocałował ją leniwie, jego ręka muskająca jej pierś.

– To dopiero początek – mruknął, a w jego oczach błysnęło coś mrocznego, obiecującego więcej burz.

Anna uśmiechnęła się słabo, czując mieszankę satysfakcji i lęku. Podłoga pod nimi była dowodem – mokra, naznaczona, jak ich noc. Wiedziała, że wróci po więcej, mimo bólu, który jutro przypomni jej o tej dzikości.