Sąsiad przez ścianę – dźwięk i zapach zdrady

W bloku na obrzeżach miasta, gdzie ściany były cienkie jak papier, a sąsiedzi znali sekrety sobie nawzajem lepiej niż własne żony, mieszkał Marcin. Miał trzydzieści pięć lat, pracę w biurze i małżeństwo, które kiedyś płonęło, a teraz ledwo tliło się jak dogasający węgiel. Jego żona, Anna, trzydzieści dwa lata, wciąż była piękna – smukła figura, krągłe biodra, które kiedyś wirowały w tańcu pod jego dotykiem, i kasztanowe włosy opadające falami na ramiona. Ale rutyna dnia codziennego zgasiła iskrę. Sypialnia stała się miejscem snu, nie namiętności.

Przez ścianę mieszkał Konrad. Wysoki, umięśniony facet po czterdziestce, z tatuażami na ramionach i głosem, który dudnił basem podczas meczów w pubie. Był wdowcem, wolnym duchem, który nie krył się z podbojami. Marcin słyszał to czasem – śmiech kobiet, szelest pościeli, jęki, które przenikały betonową barierę. Zawsze odwracał wzrok, udając, że nic się nie dzieje.

Pewnego wieczoru, po kolacji, Marcin siedział w salonie z laptopem na kolanach. Anna była w kuchni, myjąc naczynia. Powietrze pachniało resztkami makaronu i jej perfumami – lekkimi, kwiatowymi. Ale pod spodem czuł coś innego, subtelnego: zapach męskiej wody kolońskiej, który czasem unosił się w klatce schodowej. Pomyślał, że to od Konrada, ale otrząsnął się z myśli.

– Kochanie, pójdę się przejść – powiedziała Anna, wchodząc do pokoju. Miała na sobie prostą sukienkę letnią, która opinała jej piersi i podkreślała krzywiznę talii. Jej oczy błyszczały dziwnie, jakby kryły sekret.

– Dokąd? – zapytał Marcin, nie podnosząc wzroku.

– Do sąsiada. Konrad potrzebuje pomocy z czymś… z kranem czy czymś takim.

Marcin skinął głową, czując lekkie ukłucie. Konrad, ten sam, który naprawiał rzeczy u siebie, ale lubił flirtować. „Pomoc z kranem” – brzmiało niewinnie. Anna wyszła, drzwi zamknęły się cicho.

Minęło pół godziny. Marcin próbował skupić się na pracy, ale cisza w mieszkaniu irytowała. Wstał, podszedł do ściany dzielącej ich od Konrada. Nic. Potem usłyszał to – cichy śmiech Anny, niski i melodyjny, taki, jakiego nie wydawała od miesięcy. Serce mu przyspieszyło. Nasłuchiwał.

Ściana była cienka, dźwięki przenikały jak dym. Najpierw szelest ubrań, potem westchnienie. Marcin przycisnął ucho do betonu, czując chłód pod policzkiem. Zapach – ten sam męski aromat – zdawał się sączyć przez szczeliny, mieszając się z czymś słodszych, intymnym.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – usłyszał głos Konrada, głęboki i pewny siebie.

– Ciii… Marcin myśli, że naprawiamy kran – odparła Anna, jej głos drżący od podniecenia. – Po prostu… chcę poczuć się znowu żywa.

Marcin zamarł. To nie był żart. Ręce mu pociły się, a w żołądku wirowało coś między zazdrością a dziwnym, palącym napięciem. Nie odsunął się. Słuchał.

Dźwięki rosły. Szmer materiału zsuwającego się po skórze, miękki odgłos ust spotykających się – wilgotny, głodny pocałunek. Wyobraził sobie to: usta Anny, pełne i różowe, wciśnięte w wargi Konrada, jego dłonie na jej plecach, zsuwające ramiączka sukienki. Powietrze w pokoju Marcina zgęstniało, jakby zapach ich podniecenia przenikał przez ścianę – słony pot, kobieca wilgoć, męski musk.

– Jesteś taka napięta – mruknął Konrad. – Rozluźnij się. Pokażę ci, co naprawdę znaczy mieć faceta.

Anna jęknęła cicho, dźwięk jak strzała w serce Marcina. Słyszał, jak Konrad ciągnie ją bliżej, jak jej oddech przyspiesza. Kroki – podłoga zaskrzypiała, jakby szli do sypialni. Marcin wyobrażał sobie ciało żony: jej piersi, ciężkie i jędrne, sutki twardniejące pod dotykiem obcego mężczyzny. Jej skóra, gładka jak jedwab, rumieniącą się od pieszczot.

– Dotknij mnie – wyszeptała Anna, głosem, którego Marcin nie słyszał od lat. – Mocniej… tak, tam.

Dźwięki stały się bardziej rytmiczne: skrzypienie łóżka, westchnienia Anny przechodzące w ciche pomruki. Marcin poczuł, jak jego własne spodnie ciasno opinają się na biodrach. Nie mógł przestać słuchać. Zapach zdrady – ten ciężki, animalistyczny – zdawał się wypełniać pokój, jakby ściana była porywistą membraną. Wyobraził sobie Konrada: jego szeroki klatkę piersiową, umięśnione ramiona oplatające Annę, dłonie wędrujące po jej udach, rozchylające je powoli.

Napięcie budowało się warstwa po warstwie. Marcin słyszał, jak Anna dyszy, jak jej głos łamie się w ekstazie.

– Jesteś większy niż on… o Boże, wejdź we mnie – powiedziała, słowa ociekające desperacją.

Skrzypienie łóżka przyspieszyło, stając się głośnym, rytmicznym tupotem. Dźwięki ciała o ciało: wilgotne plaśnięcia, jej jęki mieszające się z niskim pomrukiem Konrada. Marcin zamknął oczy, wizja paliła mu mózg – penis Konrada, gruby i żylasty, wślizgujący się w ciasną, mokrą cipkę Anny, rozciągającą ją, wypełniającą po brzegi. Jej biodra unoszące się, łakome na każdy centymetr, sutki ocierające się o jego tors, paznokcie wbijające się w plecy.

– Pieprz mnie mocniej! – krzyknęła Anna, głosem, który przeszył ścianę. – Tak, właśnie tam… głębszy!

Marcin drżał. Jego ręka mimowolnie powędrowała do pasa, ale powstrzymał się. Słuchając, czuł mieszankę upokorzenia i podniecenia – zapach ich potu, słony i pierwotny, mieszał się z wonią jej podniecenia, musującą i słodką. Dźwięki kulminowały: jej wrzask orgazmu, ostry i niepohamowany, echo Konrada dochodzącego z głębi gardła.

Potem cisza. Ciężkie oddechy, szept.

– To było… niesamowite – powiedziała Anna. – Ale nie mów Marcinowi.

– Nasz sekret – odparł Konrad, z satysfakcją w głosie.

Marcin odsunął się od ściany, serce waliło mu jak młot. Anna wróciła po godzinie, rumiana, z włosami w nieładzie. Pachniała nim – tym zapachem zdrady.

– Kran naprawiony – powiedziała z uśmiechem, całując go w policzek. – Idę spać.

Leżąc obok niej tej nocy, Marcin nie mógł zasnąć. Słyszał jej spokojny oddech, ale w głowie odtwarzał każdy dźwięk, każdy zapach. Zdrada wisiała w powietrzu jak obietnica powtórki. A on, zamiast gniewu, czuł tylko rosnące, mroczne pożądanie – ciekawość, co usłyszy następnym razem. Ściana milczała, ale on wiedział: to dopiero początek.