W klaustrofobicznej wilgoci bloku celowego więzienia, gdzie betonowe ściany zdawały się pochłaniać każdy dźwięk, Anna Kowalska, strażniczka z dziesięcioletnim stażem, poczuła znajomy dreszcz napięcia. Była to jej zmiana nocna, ta najbardziej samotna pora, kiedy korytarze echoowały tylko odległymi westchnieniami i skrzypieniem kluczy. Anna, wysoka blondynka o atletycznej budowie, zawsze nosiła uniform z dumą – dopasowana koszula podkreślała krągłości jej biustu, a spodnie opinające jędrne pośladki. Jej błękitne oczy, ostre i zdecydowane, skrywały jednak zmęczenie po ostatnich miesiącach. Więzienie to nie było miejscem dla słabych, a ona nauczyła się, że siła to nie tylko pałka i kajdanki, ale też umiejętność czytania między wierszami. Tej nocy jednak coś w powietrzu wydawało się inne – cięższe, jak przed burzą.
Jej zadaniem było prowadzenie „sesji terapeutycznych”, programu rehabilitacyjnego wprowadzonego przez dyrekcję, by zmniejszyć napięcia wśród osadzonych. W praktyce oznaczało to krótkie rozmowy w celach, gdzie więźniowie mogli wyładować frustracje pod okiem strażnika. Anna wybrała celę numer 17, gdzie przetrzymywano dwóch recydywistów: Marka, potężnego byka z tatuażami pokrywającymi ramiona i klatkę, oraz Tomka, szczupłego ale zwinnego typa o twarzy naznaczonej bliznami. Obaj siedzieli za ciężkie przestępstwa – Marek za napad z bronią, Tomek za handel. Byli tu od miesiąca i ich akta mówiły o agresji, ale też o samotności. Anna wierzyła, że może pomóc, choć w głębi duszy czuła lekki niepokój. To nie pierwsza taka sesja, ale coś w ich spojrzeniach podczas obchodu tego popołudnia sprawiło, że jej skóra mrowiła.
Pchnęła ciężkie drzwi celi, które zaskrzypiały jak zardzewiały zawias. Powietrze wewnątrz było gęste, przesycone zapachem potu i nieumytej pościeli. Marek siedział na pryczy, jego muskularne uda rozstawione szeroko, koszulka napięta na szerokich barkach. Tomek stał oparty o ścianę, palce bębniące rytmicznie po betonie. Obaj podnieśli głowy, a ich oczy – te drapieżne, głodne oczy – przeszyły ją na wylot.
– Dzień dobry, panowie – powiedziała Anna spokojnym tonem, zamykając drzwi za sobą. – To czas na naszą sesję. Pamiętacie zasady? Mówicie, co was gryzie, a ja słucham. Bez agresji.
Marek uśmiechnął się leniwie, odsłaniając krzywe zęby. Jego głos był niski, chropowaty, jak szum silnika.
– Strażniczko Kowalska, zawsze miło cię widzieć. Co dziś? Chcesz pogadać o naszych marzeniach?
Tomek parsknął cicho, jego oczy błyszczały figlarnie. Był mniejszy, ale w jego ruchach czaiła się energia drapieżnika.
– Tak, marzeniach. Moje to głównie o kobietach w mundurze, które nie uciekają na widok faceta z kajdankami.
Anna poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej karku. To nie był pierwszy raz, gdy rzucali takie aluzje, ale dziś brzmiały inaczej – bardziej prowokująco. Usiadła na końcu pryczy, trzymając notatnik na kolanach, starając się zachować profesjonalizm. Jej serce biło nieco szybciej, a w ciasnej koszuli sutki stwardniały lekko od chłodu celi. „To tylko słowa”, pomyślała, ale jej umysł już zaczął snuć obrazy, których nie powinna.
– Skupmy się na faktach – odparła, otwierając zeszyt. – Marek, co cię gryzie w tych murach? Samotność? Gniew?
Marek pochylił się do przodu, jego mięśnie napięły się pod tatuażami – smok wijący się wokół bicepsa. Zapach jego ciała, mieszanka męskiego potu i mydła, dotarł do niej, subtelny, ale inwazyjny.
– Samotność, jasne. Człowiek tęskni za dotykiem. Za czymś ciepłym, co nie jest zimnym metalem tych krat. A ty, strażniczko? Co cię tu sprowadza każdej nocy? Nie boisz się nas?
Jego pytanie zawisło w powietrzu, a Tomek podszedł bliżej, stając tak blisko, że Anna poczuła ciepło jego ciała. Jej oddech przyspieszył, choć próbowała to ukryć. To było napięcie, to czysta antycypacja – mieszanka władzy i ryzyka. W więzieniu zawsze tak było: granica między kontrolą a poddaniem była cienka.
– Ja tu jestem, by pomagać – powiedziała, unosząc wzrok. – Ale jeśli chcecie pogadać naprawdę, musicie być szczerzy.
Tomek klęknął przed nią, niby przypadkiem, jego dłoń musnęła jej kolano. Dotyk był elektryzujący – ciepły, szorstki, budzący dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Anna zesztywniała, ale nie cofnęła nogi.
– Szczery? – mruknął Tomek. – Szczerze? Marzę o tym, by zerżnąć kogoś takiego jak ty. Silną, ale z tym spojrzeniem, co mówi, że pod spodem jesteś mokra od myśli.
Słowa uderzyły jak prąd, a Anna poczuła, jak jej cipka pulsuje lekko, zdradzając ciało. To nie powinno się dziać. Była strażniczką, miała władzę. Ale w tej celi, z drzwiami zamkniętymi, z ich spojrzeniami pożerającymi jej krągłości, władza zaczynała się chwiać. Marek wstał, podchodząc z boku, jego duża dłoń opadła na jej ramię – nie mocno, ale stanowczo.
– Nie uciekaj, kochanie – szepnął. – To twoja terapia. Pomóż nam, a my pomożemy tobie.
Napięcie rosło powoli, jak fala. Anna próbowała wstać, ale Tomek przytrzymał jej kolano, a Marek zablokował drugie ramię. Ich oddechy mieszały się z jej, ciepłe i ciężkie. Serce waliło jej w piersi, sutki twarde jak kamyki pod koszulą. Wiedziała, że powinna wołać o pomoc, ale głos uwiązł w gardle – zastąpiony ciekawością, tym mrocznym pociągiem do zakazanego.
– Co wy robicie? – wyszeptała, ale jej głos brzmiał słabo, prawie zapraszająco.
Marek roześmiał się cicho, jego palce zsunęły się na guzik jej koszuli.
– To, co chcesz. Widzimy to w twoich oczach.
Wtedy to się zaczęło. Tomek wstał, chwytając jej nadgarstki i wykręcając je za plecy. Zimny metal kajdanek – jej własnych kajdanek z pasa – zacisnął się na skórze. Kliknięcie było głośne w ciszy celi, symbol jej utraty kontroli. Anna sapnęła, czując, jak skóra pali pod metalem, ale jednocześnie podniecenie wzbiera w niej jak lawa. Była związana, bezbronna, a oni – dwaj osadzeni, których miała pilnować – teraz ją kontrolowali.
– Proszę… – jęknęła, ale to nie był protest. To była prośba.
Marek pociągnął za koszulę, rozrywając guziki. Jej piersi wyskoczyły wolne, ciężkie i pełne, sutki różowe i sterczące w chłodzie. Tomek syknął z uznaniem, jego dłonie objęły je, miażdżąc delikatnie, kciukami drażniąc brodawki. Doznanie było jak iskra – ostry ból mieszał się z rozkoszą, rozlewając się po jej ciele gorącym strumieniem.
– Patrz na te cycki – mruknął Marek, zdejmując koszulkę. Jego tors był pokaźny, owłosiony, mięśnie napięte jak u bestii. – Idealne do ssania.
Pchnął ją na pryczę, kajdanki zadzwoniły o metalową ramę. Anna leżała na plecach, nogi rozstawione, spodnie wciąż na sobie, ale czując ich ręce na udach. Zapach ich podniecenia wypełniał celę – słony pot, męska woń, która sprawiała, że jej cipka wilgotniała coraz bardziej. Tomek rozpiął jej spodnie, zsuwając je powoli, odsłaniając czarne stringi, już przesiąknięte sokami. Jej łechtaczka pulsowała, nabrzmiała, błagając o dotyk.
– Jesteś taka mokra – powiedział Tomek, wsuwając palec pod materiał. Palec zanurzył się w jej wilgoci, śliski i gorący, drażniąc ścianki cipki. Anna wygięła się, jęk uciekł z jej ust – niski, animalistyczny.
– Tak… dotknij mnie…
Marek roześmiał się, zdejmując spodnie. Jego kutas wyskoczył wolny – gruby, żylasty, z główką nabrzmiałą i czerwoną, preejakulat lśniący na czubku. Był ogromny, co najmniej 20 centymetrów, pulsujący z pożądaniem. Tomek podążył za nim, jego pała cieńsza, ale dłuższa, zakrzywiona lekko, idealna do trafiania w głębsze punkty.
– Ssij – rozkazał Marek, klęcząc nad jej twarzą. Wcisnął kutasa w jej usta, słony smak wypełnił gardło Anny. Zaczął poruszać biodrami, głęboko, dusząc ją lekko, ale ona ssała chciwie, język wirujący wokół żołędzi, ssąc preejakulat jak nektar. Dźwięki – mlaskanie, jej stłumione jęki – odbijały się od ścian.
Tomek tymczasem zsunął jej stringi, rozchylając uda. Jej cipka była gładka, różowa, wargi nabrzmiałe i wilgotne, sok spływał po pośladkach. Wsunął dwa palce, kręcąc nimi, drażniąc punkt G. Anna krzyknęła wokół kutasa Marka, fale rozkoszy wstrząsały jej ciałem.
– Kurwa, jaka ciasna – wysapał Tomek. – Gotowa na więcej?
Nie czekała na odpowiedź. Wsunął kutasa w jej cipkę jednym pchnięciem, rozciągając ją boleśnie i rozkosznie. Była pełna, ścianki obściskały go mocno, a on zaczął rżnąć rytmicznie, głęboko, klatsając jajami o jej skórę. Zapach seksu – jej wilgoci, ich potu – był oszałamiający, gęsty jak mgła.
Marek nie dawał jej odpocząć. Wyciągnął kutasa z ust, plujący śliną, i przesunął się niżej. Widząc, co planuje, Anna sapnęła.
– Nie… tam nie…
Ale jej protest był słaby. Marek splunął na jej odbyt, palcem rozsmarowując wilgoć, wchodząc powoli. Ścianki dupy napięły się, palący ból mieszał się z podnieceniem. Tomek zwolnił, by dać mu miejsce, a potem – w synchronizacji – obaj weszli w nią. Podwójna penetracja: kutas Tomka w cipce, Marka w dupie. Anna wrzasnęła, ciało rozdzierane rozkoszą, pełnią, upokorzeniem. Była ich – strażniczka związana kajdankami, rżnięta przez więźniów w publicznej celi, choć drzwi zamknięte, każdy dźwięk mógł dolecieć do korytarza.
– O tak, suko – warknął Marek, pchając głębiej. Jego biodra klaskały o jej pośladki, kutasy tarły o siebie przez cienką ściankę, potęgując doznania. Anna czuła każdy cal – żylaste żyły pulsujące, główkę Tomka masującą punkt G, Marka rozciągającą tyłek. Jej orgazm nadchodził falami, cipka ściskała, sok tryskał na uda.
– Rżnijcie mnie mocniej! – krzyknęła, zapominając o godności. Dialogi mieszały się z jękami.
– Lubisz to, co? – dyszał Tomek, szczypiąc jej sutki. – Nasza mała dziwka w mundurze.
– Tak… jestem wasza dziwka… głębiej!
Kulminacja nadchodziła. Rżnęli ją hardcore’owo, bez litości – podnosząc biodra, obracając, zmieniając pozycje. Najpierw na czworaka, kajdanki bolące nadgarstki, dupy w górze, obaj wchodzący na raz, potem Marek w usta, Tomek w cipkę, sperma kapiąca z jej warg. Upokorzenie paliło – czuła się jak obiekt, ale to podniecało, emocje wirowały: wstyd, władza, ekstaza.
W końcu eksplodowali. Tomek wypełnił jej cipkę gorącym nasieniem, gęstym i lepkim, spływającym po udach. Marek doszedł w dupie, pulsując, wypełniając ją po brzegi. Anna dojrzewająca w szaleńczym orgazmie, ciało drżące, mięśnie napięte, wrzask echojący w celi.
Leżała potem, dysząc, kajdanki wciąż na rękach, ciała osadzonych obok. Sperma sączyła się z niej, zapach seksu wisiał w powietrzu. Spojrzała na nich, oczy zamglone.
– To… to była terapia? – szepnęła z uśmiechem.
Marek pogładził jej włosy.
– Dla ciebie też, strażniczko. Wracaj jutro.
Anna nie wiedziała, co przyniesie następna noc – wolność, czy głębsze poddanie. Ale w tej chwili, związana i spełniona, czuła tylko pulsujące echo rozkoszy. Cela zamknęła się za nią później, ale kajdanki w jej głowie pozostały.