W ich sypialni panował półmrok, przerywany tylko miękkim blaskiem lampki nocnej na stoliku. Meble z ciemnego drewna, ciężkie i solidne, jak ich małżeństwo – piętnaście lat wspólnego życia. Anna, drobna brunetka o krągłościach, które wciąż budziły w nim pożądanie, krzątała się po pokoju, przebierając się przed wyjściem. Jej mąż, Marek, siedział na brzegu łóżka, udając, że czyta książkę. Ale jego wzrok co chwilę uciekał ku niej – ku temu, jak jej dresowe spodnie opinały pośladki, jak bluzka podkreślała krzywiznę bioder.
– Kochanie, poczekasz, aż wrócę? – zapytała Anna, stając przed szafą z lustrem. To lustro było ich przekleństwem i pokusą: ogromne, zajmujące całą ścianę, odbijające każdy centymetr sypialni. Widziało wszystko, bez litości.
Marek skinął głową, czując znajome ukłucie w żołądku. Wiedział, dokąd idzie. Na „spotkanie z koleżankami”. Ale koleżanki nie wysyłały mu dyskretnych wiadomości na telefon, nie kazały czekać w ukryciu. Anna poprawiła włosy, jej usta, pełne i wilgotne po pomadce, rozciągnęły się w uśmiechu. Była piękna, zbyt piękna, by należeć tylko do niego.
– Oczywiście. Baw się dobrze – powiedział, starając się brzmieć obojętnie. Serce mu waliło. Wiedział, że ona to wie. Że on wie.
Gdy drzwi mieszkania zamknęły się za nią z cichym trzaskiem, Marek poczuł pustkę. Czekał. Godzinę, może dwie. Potem usłyszał powrót – klucze w zamku, śmiech. Nie jej śmiech. Męski, głęboki, gardłowy.
Szybko schował się w szafie. To był ich rytuał, choć nigdy nie mówili o nim głośno. Szafa stała w rogu sypialni, jej drzwi z lustrem pozwalały mu widzieć wszystko – całą scenę bez bycia zauważonym. Widział, słyszał więcej niż oni sobie wyobrażali. Serce mu waliło, dłonie pociły się, a w spodniach budziło coś, czego nienawidził i pragnął jednocześnie.
Drzwi sypialni otworzyły się z impetem. Anna weszła pierwsza, rozczochrana, policzki zarumienione, oczy błyszczące podnieceniem. Za nią – on. Wysoki, umięśniony, z szerokimi ramionami napiętymi pod koszulą. Miał na imię Tomek, poznała go w pracy. Marek widział go raz, na firmowej imprezie, ale teraz, w ich sypialni, wydawał się olbrzymem.
– W końcu jesteśmy sami – mruknął Tomek, chwytając Annę za talię. Jego dłonie, duże i szorstkie, przesunęły się po jej biodrach, podciągając bluzkę. Skóra Anny zalśniła w świetle lampy, gładka, pachnąca perfumami i czymś ostrzejszym – potem, pożądaniem.
– Tak, w końcu – odparła Anna, głosem drżącym, ale pewnym. Odwróciła się do niego, ich usta spotkały się w pocałunku, głodnym, jakby nie całowali się od tygodni. Marek, ukryty za lustrem szafy, widział każdy szczegół: jej język wślizgujący się w jego usta, ich oddechy mieszające się, ciężkie i przyspieszone. Powietrze w szafie gęstniało od jego własnego potu, a zapach – lekki, kwiatowy jej perfum – przenikał przez szczelinę.
Tomek podniósł ją lekko, niosąc na łóżko. Anna oplotła nogi wokół jego bioder, jej ręce wplatały się w jego włosy. Śmiali się cicho, jak zakochane nastolatki, ale to nie był śmiech niewinny. To był śmiech triumfu.
– Zdejmij to – powiedział Tomek, wskazując na jej bluzkę. Anna posłuchała, powoli, prowokująco. Materiał zsunął się z ramion, odsłaniając czarny koronkowy stanik, opinający pełne piersi. Sutki, ciemne i sterczące, prześwitywały przez tiul. Tomek pochylił się, całując dekolt, jego usta zostawiające wilgotne ślady. Anna westchnęła, głowa odrzucona do tyłu, włosy rozsypane na poduszce.
Marek wstrzymywał oddech. Widział jej ciało – to, które znał na pamięć – teraz dotykane przez innego. Emocje wirowały w nim: zazdrość jak nóż w sercu, ale i podniecenie, gorące, niepowstrzymane. Jego dłoń mimowolnie powędrowała do krocza, ale powstrzymał się. Jeszcze nie.
– Lubisz, kiedy cię tak całuję? – zapytał Tomek, głosem niskim, chropowatym. Jego ręce powędrowały do zapięcia stanika, rozpinając je jednym ruchem. Piersi Anny wyskoczyły na wolność, ciężkie, kołyszące się lekko. Sutki, nabrzmiałe i wrażliwe, stwardniały pod chłodnym powietrzem.
– Tak… o Boże, tak – jęknęła Anna, wyginając plecy. Tomek wziął jeden sutek do ust, ssąc go delikatnie, potem mocniej, zęby muskające skórę. Dźwięk – mokre mlaskanie, jej ciche pomruki – przenikał przez szafę jak wstrząs. Zapach jej podniecenia zaczął się unosić, słodki i musky, mieszając się z wonią jego potu.
Powoli, krok po kroku, ich ruchy stawały się śmielsze. Tomek zdjął koszulę, odsłaniając tors – umięśniony, z lekkim owłosieniem na piersi, które Anna gładziła dłońmi. Jej palce zsunęły się niżej, do paska spodni. Rozpięła go, wodząc wzrokiem po wybrzuszeniu w materiale.
– Jesteś taki twardy – wyszeptała, głosem pełnym podziwu. Wsunęła rękę do środka, wyciągając penisa – grubego, żylastego, z główką nabrzmiałą i błyszczącą od preejakulatu. Marek, patrząc przez lustro, czuł skurcz w żołądku. Był większy niż on, pulsujący w jej dłoni, skóra gładka i napięta.
– Ssij go – rozkazał Tomek, popychając ją delikatnie na kolana. Anna uklękła na dywanie, jej usta zbliżyły się do trzonu. Najpierw pocałunek – wilgotny, na czubku, smak słony, męski. Potem wsunęła go głębiej, język wirujący wokół żołędzi, ssąc z cichym, gardłowym pomrukiem. Dźwięki – obślizgłe, rytmiczne – wypełniły pokój. Jej policzki zapadały się, oczy łzawiły lekko od wysiłku, ale w jej spojrzeniu był ogień.
Marek nie mógł oderwać wzroku. Jego oddech przyspieszył, kutas napierał na spodnie, wilgotny od podniecenia. Słyszał wszystko: jej połykanie, jego westchnienia, skrzypienie łóżka, gdy Tomek położył się, ciągnąc ją za sobą.
– Chcę cię w sobie – powiedziała Anna, zdejmując resztę ubrań. Jej majtki, czarne i wilgotne, zsunęły się po udach, odsłaniając gładko wygolony wzgórek łonowy, wargi sromowe spuchnięte, lśniące od soków. Pachniała podnieceniem – kwaśno-słodko, jak dojrzały owoc. Tomek położył ją na plecach, rozchylając nogi szeroko. Jego palce wślizgnęły się między jej uda, badając wilgoć, masując łechtaczkę – małą, nabrzmiałą perłę.
– Jesteś taka mokra dla mnie – mruknął, wsuwając dwa palce głęboko. Anna krzyknęła cicho, biodra unosząc się ku jego dłoni. Dźwięk – chlupotanie, jej jęki – był torturą dla Marka. Widział, jak jej cipka zaciska się wokół palców, soki spływające po dłoni Tomka.
Napięcie rosło. Tomek ustawił się między jej nogami, główka penisa muskająca wejście. Wsunął się powoli, centymetr po centymetrze, jej ścianki rozciągające się wokół niego. Anna westchnęła głośno, paznokcie wbijające się w jego plecy.
– Kurwa, jesteś taki wielki… wypełniasz mnie całą – wyszeptała, głos drżący od rozkoszy. Słowo „kurwa” wyślizgnęło się naturalnie, z namiętnością, budząc w Marku falę gorąca. Zaczęli się poruszać – rytmicznie, coraz szybciej. Łóżko skrzypiało, ciała klaskały o siebie, pot spływał po ich skórach. Jej piersi podskakiwały z każdym pchnięciem, jego jądra uderzały o jej pośladki.
Marek nie wytrzymał. Ręka wślizgnęła się do spodni, obejmując własnego kutasa – mniejszego, ale twardego jak skała. Mógł tylko patrzeć, słyszeć ich ekstazę. Słowa stawały się wulgarne, napędzane żądzą.
– Pieprz mnie mocniej, Tomek! – krzyknęła Anna, nogi owinięte wokół jego talii. – Tak, do kurwy nędzy, właśnie tam!
– Lubisz, jak cię posuwam jak dziwkę? – warknął on, przyspieszając, jego biodra uderzające z siłą. Jej cipka chlupotała, soki spływające po pościeli, zapach seksu gęsty i animalistyczny.
Kulminacja nadeszła jak burza. Anna napięła ciało, krzycząc, orgazm wstrząsający nią – mięśnie drżące, oczy przewracające się w głowie. Tomek wyszedł w ostatniej chwili, sperma tryskająca na jej brzuch, gorąca i lepka, białe smugi na skórze.
Leżeli dysząc, tuląc się. Marek doszedł w szafie, nasienie mocząc spodnie, mieszanka wstydu i spełnienia. Wyjście Tomka, jej sen – wszystko to widział i słyszał.
Gdy Anna obudziła się następnego ranku, Marek wyszedł z szafy, udając, że właśnie wrócił. Uśmiechnęła się do niego, niewinna.
– Dzień dobry, kochanie. Dobrze spałeś?
– Tak – skłamał, ale w jego oczach było coś nowego. Wiedział, że to nie koniec. Widział wszystko, słyszał więcej. I pragnął tego znowu.