Strapon na rocznicę ślubu

Kelner zdążył już zabrać talerze, a Monika wciąż obracała w palcach nóżkę kieliszka i patrzyła na mnie tak, jakby miała coś do powiedzenia i tylko czekała, aż zostaniemy sami. Za szybą Motława niosła światła żurawi. W sali grało za cicho, żebym mógł udawać, że jej nie słyszę.

— Dwanaście lat — powiedziałem, bo ktoś musiał to wypowiedzieć na głos. — I dalej nie wiem, co ci kupić, żebyś naprawdę była zadowolona.

— Bo w tym roku nie chciałam prezentu. Chciałam pomysłu.

Uniosła brew. Znałem ten grymas z kuchni, z łóżka, z kłótni o rachunki i z tych nocy, kiedy śmiała się wtulona w moją szyję i mówiła, że przy mnie zawsze wiadomo, czego się spodziewać, czego się spodziewać. Dziś było w nim coś innego. Czerwona sukienka, ta, którą włożyła tylko raz, na wyjazd do Sopotu, obciskała jej cycki tak, że kelner dwa razy pomylił stolik. Nie jego spojrzenia zazdrościłem. Zazdrościłem jej tego spokoju.

— Jakiego pomysłu?

— Takiego, o którym gadaliśmy w zeszłym roku, a potem oboje udawaliśmy, że to był żart po winie.

Poczułem, jak ściska mnie w dołku. Pamiętałem. Leżeliśmy wtedy na kanapie, jej dłoń na moim kutasie, leniwa, prawie niedbała, i powiedziała, że chciałaby kiedyś zobaczyć, jak wyglądam, kiedy to ona mnie bierze. Zaśmiałem się. Potem schowałem twarz w jej włosach i nie powiedziałem „nie”. Nie powiedziałem też „tak”.

— Monika.

— Paweł. — Pochyliła się nad stolikiem. Głos miała niski, tylko dla mnie. — Jeśli powiesz, że nie chcesz, zjem deser i pójdziemy do domu pieprzyć się jak zwykle. Dobrze nam wychodzi. Ale jeśli chcesz, pudełko już leży w szafce pod umywalką. Kupiłam je miesiąc temu. Czekałam na dzisiaj, bo nie zamierzałam cię zaskakiwać w środku tygodnia, po zmianie, kiedy jesteś zły na świat.

Przełknąłem ślinę. Wino nagle zapiekło w gardle.

— Mówisz o…

— O strap-onie. O tym, że chcę ci wsadzić kutasa w dupę. Mojego. I że chcę, żebyś mi na to pozwolił na głos, nie kiwnięciem głowy w poduszkę.

Kelner akurat stawiał rachunek. Odszedł, zanim zdążył cokolwiek zrozumieć, a ja i tak miałem wrażenie, że cały Gdańsk słyszał słowo „dupa”. Monika nie spuściła wzroku. Czekała. To było gorsze niż sam pomysł: ta jej cierpliwość.

— Boję się, że będzie bolało — powiedziałem wreszcie.

— Będzie dziwnie. Może zapiecze na początku. Dlatego kupiłam mały, nie taki z filmów, i żel, którego nie szkoda wylać choćby pół tubki. I dlatego możesz powiedzieć „stop” w każdej chwili, a ja wyjmę i nawet nie będę marudzić. — Dotknęła mojej dłoni. Palce miała chłodne od kieliszka. — Ale chcę, żebyś wiedział, że zależy mi na tym nie dlatego, że mam ochotę cię upokorzyć. Chcę zobaczyć twoją twarz. Chcę cię słyszeć. Chcę, żebyś był mój tak, jak ja jestem twoja, kiedy mnie rżniesz i nie masz już w głowie nic poza moją cipką.

Słowo „cipka” w jej ustach, w tej sali, między świecą a rachunkiem, uderzyło mnie prosto w krocze. Poruszyłem się na krześle. Zauważyła. Kącik ust jej drgnął, ale nie był to ten układny uśmiech, którym częstowała klientów w pracy.

— W domu — powiedziałem. — I powoli. I jeśli powiem, że dość, to dość.

— Umowa. — Ścisnęła mi palce. — Rocznica, nie sprawdzian. Jak będzie dobrze, powtórzymy. Jak będzie źle, zjemy jajecznicę i położymy się spać jak dwoje ludzi, którzy się lubią.

Dopiłem wino. Ręka drżała mi tylko trochę.

Droga wzdłuż Motławy była za krótka. Tramwaj też. W bramie kamienicy Monika szła pierwsza, obcasy stukały o schody, a ja patrzyłem na jej tyłek w tej sukience i myślałem, że za chwilę role się odwrócą i nie wiem, czy bardziej mnie to podnieca, czy zawstydza. W mieszkaniu zdjęła kolczyki, jak zawsze, zanim cokolwiek innego. Ten gest mnie uspokoił. Potem otworzyła szafkę.

Pudełko było czarne, bez napisów. Wyjęła uprząż z czarnych pasków i kutasa z silikonu, nie za długiego, grubego mniej więcej jak dwa moje palce, z główką wyraźną, ale nie ostrą. Położyła go na łóżku obok tubki żelu i ręcznika, który musiała przygotować rano, kiedy wychodziłem do stoczni.

— Możesz go dotknąć — powiedziała. — Żeby przestał straszyć.

Wziąłem. Ciepły od jej dłoni, gładki, cięższy, niż sądziłem. Monika stanęła między moimi kolanami. Sukienkę miała już zsuniętą z jednego ramienia.

— Rozbierz mnie. Potem ja ciebie. I gadamy dalej, aż będziesz twardy albo aż powiesz, że rezygnujesz. Jedno i drugie mi pasuje, byle było prawdziwe.

Rozpiąłem jej zamek. Sukienka opadła. Stanik był cienki, a cipkę miała już wilgotną, kiedy zsunąłem majtki — poczułem to na palcach, zanim zdążyłem spojrzeć. Westchnęła mi w usta. Całowaliśmy się długo, bez pośpiechu, jej cycki w moich dłoniach, sutki twarde, skóra pachnąca perfumami i lekko winem. Potem uklękła i rozpięła mi spodnie.

Mój kutas wyskoczył prawie prosto w jej twarz. Roześmiała się cicho, liznęła główkę, wzięła głęboko, aż zabolało mnie w brzuchu z przyjemności, i puściła.

— Jesteś twardy. Czyli ciało już wie. A głowa?

— Głowa chce, żebym przestał myśleć. — Głos miałem ochrypły. — Monika, chcę. Naprawdę. Tylko nie śmiej się, jak będę dziwnie jęczał.

— Będę jęczeć razem z tobą. — Wstała, weszła w uprząż, poprawiła paski na biodrach i udach. Silikon sterczał jej z krocza, tuż nad jej własną cipką, która lśniła. Widok był tak wulgarny i tak do niej podobny, że aż mi zaschło w gardle. — Połóż się na brzuchu. Poduszka pod biodra. Ręcznik pod spodem, bo narobimy bałaganu i nie zamierzam potem prać prześcieradła o północy.

Położyłem się. Serce tłukło mi się o żebra. Słyszałem, jak odcina paznokciem końcówkę tubki, jak żel mlaszcze w jej dłoni. Potem jej uda objęły moje, ciężar znajomy, a jednak inny, bo coś twardego musnęło mi pośladek.

— Najpierw palec — powiedziała przy uchu. — Jeden. Jak zaboli ostro, nie „dziwnie”, mówisz. Zgoda?

— Zgoda.

Rozchyliła mi pośladki. Żel był chłodny, jej palec ciepły. Krążyła wokół dziurki, naciskała, nie wchodziła od razu. Oddychałem w poduszkę i czułem, jak mięsień się broni, potem puszcza odrobinę. Weszła do pierwszej kostki. Zapiekło, ale to nie był ból, raczej obce rozciągnięcie. Jęknąłem.

— Dobrze?

— Dziwnie. Zostań.

Wyszła i weszła znowu, wolno, do końca palca, i zaczęła ruszać, małe kółka, które rozgrzewały mnie od środka. Drugi palec zapiekł mocniej. Zacisnąłem pięści. Czekała, aż oddech mi się wyrówna, i dopiero wtedy pchnęła głębiej. Czułem jej cipkę na udzie, mokrą, i to, jak sama się ociera, kiedy pracuje ręką. Zapach żelu, jej potu i mojej skóry wypełnił pokój.

— Kurwa — mruknąłem. — Monika, to jest… więcej.

— Więcej palców czy już on?

— On. Chcę spróbować. Powoli. Jeśli powiem stop, wyjmujesz.

— Wyjmuję. — Pocałowała mnie między łopatki. — A jak będzie dobrze, zerżnę cię tak, że zapamiętasz tę rocznicę lepiej niż tamten hotel w Sopocie.

Nasmarowała silikon, aż zachlupotało. Główka zastąpiła palce: tępa, śliska, większa. Naparła. Mięsień nie chciał. Oddychałem tak, jak mnie nauczyła przy bólu pleców po zmianie: w brzuch, nie w klatkę. Przy trzecim wydechu główka weszła. Zdusiłem krzyk w zębach. Rozpychało mnie szeroko, gorąco, za dużo, a jednocześnie coś w dole brzucha zapłonęło tak ostro, że mój kutas, przyciśnięty do ręcznika, drgnął i puścił kroplę.

— Jestem w tobie — szepnęła, i głos jej się łamał. — Kurwa, Paweł, widzę, jak cię bierze. Pięknie ci ta dziurka obciska kutasa. Mogę głębiej?

— Tak. Mało. I ruszaj, bo jak będziesz stała, zwariuję.

Weszła do połowy. Paski uprzęży skrzypnęły cicho, jej biodra przywarły do moich pośladków. Cofnęła się i pchnęła, krótko, żel mlasnął głośno, obscenicznie, i ten dźwięk wstydził mnie bardziej niż sam fakt, że żona rżnie mnie w dupę w dwunastą rocznicę, tyle że na odwrót. A jednak wypinałem się pod nią. Sam. Kolana szerzej, plecy w łuk, czoło w poduszce, żeby mogła wejść łatwiej.

— Słyszysz siebie? — wydyszała. — Jęczysz jak wtedy, kiedy ci obciągam i nie pozwalasz dojść. Podoba ci się. Powiedz to.

— Podoba mi się. — Słowa wyszły zdarte. — To, jak mnie rżniesz. Ten kutas w mojej dupie. Jeb mnie, Monika. Nie jak eksperyment. Jak chcesz.

Wtedy przyspieszyła, ale nie straciła czujności. Tempo wzrosło, pchnięcia stały się dłuższe, sięgały miejsca, od którego robiło mi się ciemno przed oczami, a kutas twardniał do bólu, uwięziony pod brzuchem. Każde wejście rozciągało mnie na nowo, każde wyjście zostawiało pustkę, której natychmiast chciałem z powrotem. Łóżko stukało o ścianę. Monika klęła, krótkie, brudne słowa: „moja dziurka”, „mój mąż na moim kutasie”, „weź go, weź głębiej”, i ocierała się tak, że słyszałem, jak głośno robi się jej cipka, mokra, klei się do uprzęży.

— Na bok — powiedziała nagle. — Chcę widzieć twarz. Dasz radę?

Przekręciliśmy się, nie wypuszczając go ze mnie do końca, i to przejście omal mnie nie wykończyło. Leżałem na boku, nogę miałem uniesioną na jej udzie, a ona patrzyła mi w oczy i pchała, już pewniej, biodrami kobiety, która wie, czego chce. Sięgnęła w dół i złapała mojego kutasa. Dłoń śliska od żelu i od tego, co ze mnie ciekło. Szarpała w rytm pchnięć.

— Patrz na mnie. Nie zamykaj oczu, kiedy dochodzisz. Chcę to mieć.

Wstydu już mi nie zostało. Jęczałem jej w usta, prosiłem o więcej, mówiłem, że jej kutas rozwala mi dupę i żeby tak zostało, że jestem jej, że może mnie rżnąć, aż padnę. Mówiłem brudniej niż kiedykolwiek w łóżku, bo ciało nie miało innego języka. Orgazm nadszedł nie z kutasa, tylko z głębi, tam gdzie silikon naciskał raz za razem. Szarpnęło mną, krzyk urwał się na jej imieniu, nasienie bryznęło jej na palce, na brzuch, na ręcznik, długimi falami, a ona nie przestawała ruszać, dopóki sam nie złapałem jej za biodro i nie wykrztusiłem:

— Dość. Zostań w środku, ale nie pchaj. Dość.

Zamarła natychmiast. Wyjęła powoli, centymetr po centymetrze, aż główka wyszła z mlaśnięciem, od którego oboje parsknęliśmy, zadyszani i trochę nieprzytomni. Pustka po nim była szeroka, ciepła, pulsująca. Monika odpięła uprząż, odrzuciła ją na podłogę i wślizgnęła się przede mnie, naga, spocona, z udami lepkimi.

— Twoja kolej mnie dokończyć — powiedziała, już miękko. — Palcami. Albo językiem. Cipka mnie pali, odkąd położyłeś się na tej poduszce.

Przyciągnąłem ją za biodra i wlazłem twarzą między uda. Smakowała ostro, słono, znajomo. Lizałem ją bez finezji, szerokim językiem, dwa palce w cipce, kciuk przy łechtaczce, tak jak lubiła po latach, bez zgadywania. Doszła szybko, udami na moich uszach, z dłonią we włosach, i klęła moje imię tak samo, jak przed chwilą klęła, rżnąc mnie w dupę.

Potem leżeliśmy w plątaninie ręcznika i prześcieradła. Za oknem przetoczył się tramwaj. Monika rysowała kółka na moim ramieniu.

— I jak, rocznico? — zapytała.

— Następnym razem chcę widzieć, jak zakładasz to na stojąco, zanim mnie dotkniesz. — Głos wciąż miałem niski. — I chcę ci oddać. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj dupa mnie informuje, że dość przygód.

Roześmiała się w poduszkę, prawdziwie, bez tej ostrożności z restauracji.

— Stoi. Jajecznica rano. I żadnych recenzji przy sąsiadach, jak będziesz schodził po bułki.

— Umowa — powiedziałem i przyciągnąłem ją bliżej, tam gdzie pachniała jeszcze nami obojgiem.

Przeczytaj też