– Pani Oliwio, proszę jeszcze raz. Wolniej. I niech pani na mnie patrzy, kiedy to czyta.
Oliwia uniosła głowę znad protokołu. Adam stał po drugiej stronie biurka, z marynarką rzuconą na oparcie fotela i rękawami podwiniętymi do łokci. Na przegubie został jaśniejszy ślad po zdjętym zegarku. Obrączka została na palcu. Złoto błysnęło, kiedy oparł obie dłonie o blat.
– Całą stronę? – spytała.
– Całą. Od „w związku z decyzją zarządu”.
Winda dawno zjechała na dół. Na korytarzu nie zostało już nikogo z sekretariatu. W szybie za jego plecami widać było tylko inne okna Woli i ich własne odbicie: jej białą bluzkę, jego szerokie ramiona i tę odległość, która od tygodni malała, a dziś nagle stała się nie do zniesienia.
Czytała. Głos miała równy, bo tak ją wyszkolono. Palce jednak ją zdradzały. Kartka drżała. Adam słuchał i nie spuszczał z niej wzroku, jakby protokół był tylko pretekstem, a naprawdę patrzył, jak oddycha.
– „Zobowiązuje się strony…” – urwała. – Tu jest błąd. „Zobowiązuje strony”.
– Zostaw. Dokończ.
– Adam.
Imię wyszło za cicho. Przymknął oczy, jakby i ono było błędem, który chciał usłyszeć jeszcze raz.
– Mówiłaś, że zostajesz, bo trzeba domknąć umowę – powiedział. – Umowa leży od czterdziestu minut. A ty nadal tu siedzisz.
– Bo kazałeś czytać.
– Bo chciałem zobaczyć, jak długo wytrzymasz, udając, że chodzi o zdania.
Oliwia odłożyła kartkę. Na serdecznym palcu nie miała nic. W domu, na Rakowieckiej, na szafce leżał pierścionek, który zdjęła po kłótni z Marcinem i od trzech dni nie zakładała. Marcin dzwonił rano. Nie odebrała. Nie dlatego, że zapomniała, tylko dlatego, że już wtedy wiedziała, dokąd zmierza ten wieczór, i nie chciała słyszeć głosu, który miał prawo ją zatrzymać.
– Twoja żona czeka – powiedziała wprost.
– Nie czeka. Jest w Krakowie do piątku. Wie o nadgodzinach. Nie wie, że patrzę na twoje usta, kiedy mówisz „zarząd”.
– To zdrada.
– Tak.
Nie złagodził.
– Twoja też, jeśli zostaniesz. Marcin dzwonił do recepcji. Pytał, czy jeszcze jesteś w firmie. Powiedziałem, że tak. Potem się rozłączyłem i przez pół godziny nie mogłem wstać od biurka, bo sam dźwięk twojego nazwiska postawił mi kutasa.
Oliwia wstała. Krzesło stuknęło o wykładzinę. Podeszła do drzwi i przekręciła zamek. Kliknięcie zabrzmiało głośniej, niż chciała. Odwróciła się.
– Jeśli to ma być ostre, mówisz, zanim zaczniesz – powiedziała. – I przestajesz, kiedy powiem „dość”. Żadnego zatykania ust na siłę, żadnego zdejmowania prezerwatywy, żadnego „i tak chciałaś”. Chcę, żebyś mnie rżnął. Chcę brudno i mocno. Ale to ja decyduję, jak daleko.
Wciągnął powietrze nosem. Skinął krótko.
– Słowo?
– Dość. I patrzysz mi w oczy, kiedy je powiem.
– Dobrze.
Podeszła. Zatrzymała się tak blisko, że czuła ciepło jego koszuli i ostry zapach wody po goleniu, znany z porannych spotkań, tylko że wtedy dzieliło ich dwanaście osób i projektor. Teraz dzieliła ich szerokość dłoni.
– Rozepnij mi bluzkę – powiedziała. – Powoli. I mów, co chcesz mi zrobić. Bez tych swoich służbowych ogólników.
Palce miał pewne. Guzik po guziku, bez szarpania. Bluzka się rozeszła. Stanik był czarny, cienki, piersi pełne, sutki już twarde pod materiałem. Adam przesunął kciukiem po jednym, aż syknęła.
– Chcę ci wsadzić kutasa do gardła – powiedział cicho. – Chcę, żebyś klęczała na tej wykładzinie, obśliniała mi spodnie i patrzyła w górę, kiedy będę wchodził głęboko. Potem chcę cię przerżnąć na biurku, przodem do mnie, aż będziesz błagać, żebym nie przestawał. I chcę cię sprać po dupie, jeśli pozwolisz. Mocno. Tak, żeby zostało.
– Pozwalam. Na klapsy też. Nie na twarz. I nie ciągnij za włosy tak, żebym nie mogła powiedzieć „dość”.
– Umowa.
Roześmiała się krótko, nerwowo, i uklękła. Wykładzina drapała w kolana. Adam rozpiął pasek. Dźwięk sprzączki poszedł jej prosto między nogi. Spodnie opadły. Kutas wyskoczył ciężki, gruby, z żyłą od spodu, już wilgotny na czubku. Pachniał skórą, mydłem i czymś ostrzejszym, męskim.
Oliwia objęła nasadę. Skóra była gorąca. Przesunęła językiem od jąder aż po żołądź, wolno, tak jak kazał czytać. Adam zaklął.
– Kurwa. Właśnie tak.
Wzięła go do ust. Najpierw czubek, słony, potem głębiej, aż napięły się jej policzki. Ssała głośno, mokro, nie tłumiąc odgłosów ze wstydu. Ślina ściekała jej na brodę i na jego jądra. Adam wsunął palce w jej włosy, nie szarpał, tylko trzymał, i patrzył w dół.
– Głębiej. Jeśli dasz radę.
Dała radę. Gardło zacisnęło się na nim, oczy zaszły łzami, ale nie odrywała wzroku. Wycofał się, pozwolił jej złapać powietrze i wszedł znowu. Rżnął jej usta krótkimi pchnięciami, a ona trzymała go za uda i jęczała z kutasem w ustach, jakby samo ssanie już ją rozpalało od środka.
– Dość tego? – spytał ochryple.
Pokręciła głową i wypuściła go z mlaśnięciem.
– Dość klęczenia. Na biurko. Teraz.
Podniósł ją. Pocałunek był brudny, pełen jej śliny i jego smaku. Gryzł jej wargę, a ona wbiła mu paznokcie w kark. Posadził ją na krawędzi blatu. Protokół spadł na podłogę. Spódnica pojechała w górę. Majtki były przemoczone, ciemna plama na czarnym materiale. Adam ściągnął je i zostawił zwinięte na jednej kostce.
– Rozłóż nogi. Chcę widzieć cipkę.
Rozłożyła. Była nabrzmiała, różowa, błyszcząca. Wargi rozchyliły się same. Adam przejechał dwoma palcami po szczelinie, rozsmarował wilgoć i wszedł w nią od razu, bez zapowiedzi. Oliwia krzyknęła i chwyciła brzeg blatu.
– Mokra jak po całym dniu myślenia o tym – mruknął. – Ciasna. I tak się zaciskasz, jakbyś chciała, żebym cię palcami zerżnął do końca.
– Chcę kutasa. Prezerwatywa jest w mojej torebce. Dolna kieszeń. Nie waż się wchodzić bez niej.
Wyjął folię, rozerwał zębami, naciągnął. Lateks zalśnił. Ustawił się. Żołądź rozepchała wejście, powoli, centymetr po centymetrze, aż Oliwia odchyliła głowę i zaklęła.
– Jezu, jaki gruby. Wchodź. Cały.
Wszedł do końca. Poczuła, jak wypełnia ją aż pod brzuch, jak jądra uderzają o tyłek. Złapał ją za biodra i zaczął rżnąć. Nie ostrożnie. Mocno, wycofując się do końca i wchodząc z powrotem, aż biurko skrzypiało, a cycki podskakiwały jej w staniku. Każde pchnięcie wyrywało z niej krótki, chrapliwy dźwięk.
– Patrz na mnie – warknął. – Patrz, kto cię pierdoli.
Patrzyła. Pot na jego skroni, zaciśnięte szczęki, obrączka tuż przy jej udzie. Ta obrączka powinna ją ostudzić. Zamiast tego ścisnęła go cipką tak mocno, że stęknął.
– Zdradzam go – wysapała. – A ty zdradzasz żonę, która o niczym nie wie. I chcę, żebyś mnie jebał jeszcze mocniej, właśnie dlatego.
Adam wysunął się z niej i przewrócił ją brzuchem na blat. Papiery pomięły się pod piersiami. Klepnął ją w tyłek, raz, otwartą dłonią, głośno. Skóra zapiekła.
– Jeszcze?
– Jeszcze. Trzy. I mów do mnie.
Trzy klapsy, każdy cięższy. Pośladki paliły. Oliwia rozstawiła nogi szerzej i wypięła się. Wszedł znowu, od tyłu, głębiej niż przed chwilą. Łupnął w nią biodrami. Biurko szarpnęło. Rżnął ją tak, że słychać było mokre plaśnięcia cipki i uderzenia ciała o ciało. Schylił się do jej ucha.
– Twoja cipka mnie dusi. Śliczna, zdradziecka, cała zaciśnięta na mojej prezerwatywie. Chcesz dojść na kutasie szefa, kiedy mąż myśli, że poprawiasz przecinki?
– Tak. Kurwa, tak. Dotknij łechtaczki. Szybciej.
Sięgnął pod nią. Palce znalazły nabrzmiały guzik i kręciły po nim kółka, ślisko, bez litości, w rytm pchnięć. Oliwia zaczęła się trząść. Orgazm przyszedł ostro, od podbrzusza w uda, a ona zaciskała się na nim falami. Stłumiła krzyk w przedramieniu, żeby nie poniosło się na cały korytarz, i dalej pchała się do tyłu, biorąc go przez cały orgazm.
Adam nie zwolnił od razu. Dorżnął ją jeszcze kilkoma długimi, twardymi pchnięciami, potem złapał ją za biodra i wbił się do nasady. Jęknął jej imię, raz, nisko, i spuścił się w prezerwatywę, pulsując, z czołem opartym o jej łopatkę.
Leżeli tak chwilę, spoceni, zdyszani. Za szybą Warszawa nic o tym nie wiedziała. Winda stała. Telefon Oliwii, schowany w szufladzie, zawibrował raz i umilkł.
Adam wyszedł z niej ostrożnie, zawiązał gumkę i wrzucił ją do kosza pod biurkiem, tego samego, do którego rano wrzucał nieudane wydruki. Podał jej majtki. Oliwia wstała na miękkich nogach i poprawiła spódnicę, ale bluzki jeszcze nie zapinała. Pośladki piekły. Między nogami było gorąco, pusto i wciąż było czuć.
– Dość? – spytał. Głos miał już inny, niższy, bez tamtego rozkazu.
– Na dziś dość. Dobrze, że spytałeś.
Skinął. Nie pocałował jej w czoło i nie zamienił tego w czułość, której sobie nie obiecywali. Podniósł protokół z podłogi, wygładził kartkę i położył ją z powrotem na blacie, między nimi.
– Jutro ósma – powiedział. – Umowa naprawdę musi wyjść.
– Wyjdzie. – Oliwia zapięła ostatni guzik. Obrączka na jego palcu znów błysnęła, kiedy sięgał po marynarkę. – A wieczorem, jeśli oboje zostaniemy, przeczytasz ty. Wolno. I będziesz patrzył, kiedy będę słuchać.
Adam milczał sekundę za długo.
– Zostanę.
Zamek puścił cicho. Na korytarzu paliło się już tylko awaryjne światło. Oliwia poszła pierwsza, z torebką na ramieniu i zapachem seksu pod spódnicą, prosto do windy, która miała zjechać z nią tam, gdzie Marcin mógł jeszcze czekać na telefon. Nie wyjęła komórki. Jutro też miała nadgodziny.