To jest część 3 serii. Zacznij od części 1.
Nie czekałam, aż wymówi moje imię. Pchnęłam zieloną bramę i weszłam w korytarz, zanim zamek zdążył głucho zatrzasnąć się za plecami.
— Dziś ja zaczynam — powiedziałam, zanim Wiktor otworzył usta. — Teczka przy stole. Tam powiem, po co przyszłam. Nie w progu.
Stał w czarnej koszuli, z podwiniętymi rękawami, i przez chwilę tylko na mnie patrzył. Potem podał mi teczkę, jakbym to ja tu rządziła, a on przyszedł w gościnę.
— Dobrze — rzekł. — Prowadź.
Minęłam szatnię. Z wieszaka kapała woda z cudzego płaszcza – słony zapach Sopotu, zbyt blisko mola, zbyt blisko ludzi, którzy nie mieli pojęcia, co jest za tą bramą. W pokoju pachniało drewnem i skórą. Usiadłam pierwsza. Spódnica podjechała. Nie poprawiłam jej.
— Czytałeś wiadomość — powiedziałam.
— Czytałem. I nie zgadzam się na pokaz, dopóki nie usłyszę tego tutaj, twoimi słowami. Na tamtej kartce było: nikt obcy do pokoju. Jeśli to zmieniasz, zmieniasz przy stole. Nie w sali i nie w połowie.
Przełknęłam ślinę. W pociągu układałam zdania jak punkty w umowie. Tutaj wyszły krócej.
— Chcę, żeby na mnie patrzono. Dwoje. Dorośli, z klubu, za szybą. Nikt nie wchodzi do sali. Nikt mnie nie dotyka oprócz ciebie. Żadnych zdjęć, żadnych imion z pracy, żadnego gadania o moim ciele jak o wadze. Szyba się zasłania, kiedy powiem. Bursztyn zatrzymuje wszystko: ciebie, ich, światło, jeśli trzeba. Chcę sama zacząć. Sama cię rozebrać, sama powiedzieć, kiedy wolno ci mnie rżnąć. Ty trzymasz tempo, kiedy już dam ci cipkę. Ale próg przekraczam ja.
Wiktor położył długopis równo przy kartce.
— Kto za szybą.
— Ty wybierasz spośród tych, którzy umieją milczeć. Kobieta i mężczyzna albo dwie kobiety, wszystko jedno, byle nie ktoś, kto będzie chciał wejść i „pomóc”. Ja ich nie znam i nie chcę znać. Mają siedzieć. Patrzeć. Nic więcej.
— Mogą wyjść w każdej chwili, tak samo jak ty. Jak powiesz „zasłoń”, zasłaniam, zanim spytam dlaczego. Wolniej zostaje wolniej. Dziś bez wosku. Bez tyłka, jeśli znowu tego nie dopiszesz. Piłaś?
— Wodę. W taksówce, jak zwykle.
— Powtórz granice. Wszystkie, stare i nowe.
Wypowiedziałam je po kolei, już pewniej niż za pierwszym razem, choć serce łomotało mi tak, że czułam je w gardle. Bursztyn. Stop, rozwiązuje, odsuwa się, pyta. Wolniej. Żadnego duszenia, krwi, zdjęć, obelg. Żadnych rąk zza szyby. Nikt nie wchodzi. Ja zaczynam. On kończy we mnie, jeśli o to poproszę, bo tabletki zostały w papierach i nic się nie zmieniło. Tyłek nadal nie. Nie dziś.
— Nadal potrafię podpisać drżącą ręką — powiedziałam, biorąc długopis. — To nie znaczy, że się waham.
Atrament lekko się rozmazał przy ostatniej literze, jak wtedy. On podpisał niżej.
— Zasuwka z twojej strony. Kurtyna przy szybie też. Pokażę ci sznurek, zanim ktokolwiek usiądzie. Jak nie pociągniesz go na próbę, nie idziemy dalej.
— Pójdę. I chcę, żebyś klął. Do cipki, nie do bilansu.
Nie drgnął mu nawet kącik ust. Skinął tylko.
W sali z szybą było ciszej niż w tamtej z ławą. Po jednej stronie była szyba wenecka: po tamtej stronie stały dwa puste fotele i ciężka kotara. Sznurek wisiał przy futrynie, na wysokości mojej dłoni. Pociągnęłam. Tkanina opadła z suchym szmerem i zasłoniła tamten pokój. Pociągnęłam drugi raz. Odsłoniła się.
— Działa — powiedziałam. — Zostaw odsłonięte. Niech wejdą, kiedy ja będę gotowa, nie wcześniej.
— Jeszcze ostatnie pytanie.
— Idę dalej. Sama cię tu przyprowadziłam. Nie cofam tego przy drzwiach.
Wiktor wyszedł po tamtych dwoje. Zostałam sama tak długo, że słyszałam własny oddech i czułam, jak majtki lepią mi się do cipki. Wrócił. Za szybą usiedli: kobieta w ciemnej sukience, mężczyzna bez marynarki, oboje starsi ode mnie, spokojni, bez telefonów w rękach. Nie pomachali. Nie uśmiechnęli się jak do przedstawienia. Po prostu patrzyli. Wiktor zamknął drzwi od naszej strony i podał mi zasuwkę, żebym sama ją przesunęła.
— Twoja — rzekł. — Ja stoję, dopóki nie każesz mi się ruszyć.
To dotknęło mnie mocniej niż ich wzrok. Podeszłam i rozpięłam mu koszulę, guzik po guziku, nie spiesząc się, żeby nie zdradzić, że kolana mam miękkie. Skóra pod spodem była ciepła. Położyłam mu dłoń na piersi i poczułam, że i jemu serce idzie szybciej, niż pokazuje twarz.
— Patrzcie — powiedziałam w stronę szyby, głośno, żeby było słychać przez cienką szczelinę przy futrynie, o której wspomniał przy stole. — Wolno wam patrzeć. Nie wolno wchodzić. Nie wolno mówić do mnie. Jak zasłonię, koniec waszego wieczoru. Mój skończy się, kiedy sama powiem.
Potem spojrzałam na Wiktora.
— Rozepnij spodnie. Wyjmij kutasa. Chcę, żeby zobaczyli, co mi za chwilę włożysz.
Zrobił to bez pozy. Kutas wysunął się ciężki, gruby, już twardy, żołądź ciemna. Objęłam go dłonią i przesunęłam raz, mocno, od nasady po czubek. Syknął. Tam, za szybą, ktoś poruszył się na fotelu. Spodobało mi się to bardziej, niż chciałam przyznać przy dziennym świetle.
Sama zdjęłam bluzkę. Stanik też. Cycki opadły ciężko, sutki twarde, i wiedziałam, że z tamtej strony widać je tak samo dobrze jak z tej. Spódnicę podciągnęłam i zdjęłam majtki. Nie złożyłam ich. Rzuciłam na krzesło, mokrym krokiem na wierzch, bez księgowego odruchu.
— Na kolana nie idę — powiedziałam. — Dziś ty stoisz przede mną, a ja decyduję, kiedy się odwrócę. Dotknij mnie. Najpierw cycków. Potem spytaj o dupę.
Jego dłonie były ciężkie, pewne. Ścisnął piersi, kciuki na sutkach, mocno, aż wyrwał mi się jęk. Drugi puściłam już głośniej, specjalnie, żeby doszedł do szyby. Pochylił się i wziął sutek w usta, zębami na granicy, językiem szeroko. Drugą rękę trzymał na moim biodrze, nie niżej, dopóki sama jej tam nie zsunęłam.
— Niżej. Rozchyl mi cipkę. Niech zobaczą, jaka jestem mokra, zanim mnie wyruchasz.
Dwa palce rozsunęły wargi. Ślisko, spuchnięte, gorąco. Wjechał we mnie jednym, sprawdził, potem drugim. Mlasnęło cicho, jakby wstydliwie, ale bez wstydu. Kolana mi zadrżały. Oparłam czoło o jego ramię i mimo to nie oddałam prowadzenia.
— Klapsy. Pięć. Po dupie, nie po cipce. Liczę ja. Po piątym wchodzisz, ale dopiero kiedy powiem „włóż”.
— Słyszę — mruknął mi przy uchu. — Odwróć się. Ręce na ścianę przy szybie. Chcą twarz, to niech mają twarz. Dupa dla mnie.
Zrobiłam to. Szkło było chłodne pod czołem. Za nim dwoje ludzi, blisko, a jednak za granicą, którą sama narysowałam. Pierwszy klaps spadł płasko, głośno. Drugi zapiekł. Trzeci rozlał się gorącem po półdupku. Liczyłam na głos.
— Trzy. Mocniej. Jebnij tak, żeby było słychać tam.
Czwarty i piąty poszły szybko, jeden po drugim, nisko, tuż nad udem. Pisnęłam. Cipka ścisnęła się na niczym. Za szybą kobieta pochyliła się odrobinę. Mężczyzna siedział jak wryty. Nie weszli. Nikt nie wszedł. Ta różnica nie pozwalała mi odpłynąć.
— Kolor — zażądał Wiktor.
— Zielony. Ale jeszcze nie „włóż”. Chcę twojego kutasa na szparce. Tylko z wierzchu. Niech zobaczą, jak mnie smarujesz.
Przejechał główką od łechtaczki w tył, po mokrych wargach, aż po odbyt, przycisnął tam na sekundę i od razu wrócił. Nie wszedł. Trzymał słowo z tamtych kartek. Rozmazał mi wilgoć po udach. Słyszałam własne ciało, mokre dźwięki, i słyszałam jego oddech, już niższy.
— Proś — powiedział. — Sama chciałaś prowadzić. Więc doprowadź to zdanie do końca.
— Włóż — wychrypiałam. — Włóż kutasa w cipkę. Wyruchaj mnie na ich oczach. Głęboko. Nie wyjmuj, jak dojdę. I klnij.
Wszedł jednym pchnięciem do połowy i został, żebym go objęła. Rozciągnął mnie szeroko. Jęknęłam w szkło, zostawiłam na nim parę z ust. Drugie pchnięcie dobiło do końca. Trzecie było już rżnięciem: biodra uderzały o obitą dupę, klapsy odzywały się na nowo, a kutas wchodził z głośnym, lubieżnym mlaśnięciem, które na pewno doszło do foteli.
— O kurwa — powiedziałam w szybę, prosto do nich. — O kurwa, jaki gruby. Patrzcie, jak mnie bierze.
— I jaka chciwa ta cipka — warknął Wiktor. — Ściskasz mnie przy obcych, jakbyś chciała, żeby widzieli, że cię doi. Mocniej?
— Mocniej. Jeb mnie. Nie zwalniaj, dopóki sama nie powiem.
Złapał mnie za biodra. Kciuki tuż nad kośćmi, pewnie, bez szarpania za włosy, bo o włosy dziś nie prosiłam. Rżnął ostro, krótkimi uderzeniami. Cycki się kołysały, sutki tarły powietrze, a przy każdym dobiciu łechtaczka obijała się o jego ciało. Szyba stukała cicho od mojego czoła. Widziałam ich przez parę i przez własne rzęsy: kobietę z rozchylonymi ustami, mężczyznę, który położył dłonie na kolanach i ich nie ruszał. Nikt nie wstał. Nikt nie sięgnął do klamki.
— Słyszycie? — rzuciłam, już bez składnych zdań, a jednak chciałam, żeby słyszeli właśnie mnie. — Słyszycie, jak mlaszcze? To moja cipka. On mi ją rżnie, bo ja mu kazałam. Nie wy. Ja.
Wiktor sięgnął do przodu i znalazł łechtaczkę, nabrzmiałą, śliską. Zatoczył kółko, potem drugie, w rytm kutasa. Przestałam udawać, że pokaz jest tylko dla nich. Był dla mnie. Ich wzrok podniecał mnie jak druga dłoń, która nie mogła mnie dotknąć, i właśnie dlatego działał.
— Blisko — wydyszałam. — Kurwa, blisko. Zostań głęboko.
— Zostaję. Dojdź na mnie. Niech widzą, jak cię zalewa.
Orgazm uderzył od łechtaczki i od kutasa naraz. Szarpnęłam się, krzyknęłam jego imię, potem przekleństwo, potem nic składnego. Zacisnęłam się falami, polałam go tak, że pociekło mi po udach i po jego jajach. Szyba zaparowała przy ustach. Nie kazałam zasłaniać. Chciałam, żeby widzieli to do końca, brzydko, mokro, bez poprawiania miny.
Nie pozwolił mi opaść. Rżnął przez skurcze, płytko, potem znowu głęboko. Przy łechtaczce było już za ostro.
— Wolniej tam — wychrypiałam. — Palec wolniej. Kutasa mocno.
Posłuchał od razu. Został ciężki i powolny na łechtaczce, a biodra biły dalej, twarde, równe, już bardziej dla niego. Spojrzałam w szybę i nie odwróciłam oczu. Niech wiedzą, czyja to decyzja, kiedy biorę następne pchnięcie z otwartymi ustami.
— Dojdź we mnie — powiedziałam. — Słyszycie? Chcę, żeby spuścił mi się w cipkę. Na waszych oczach. Do końca. Bierz mnie, Wiktor, aż sam nie wytrzymasz.
Przestał się hamować. Uderzenia zrobiły się krótkie, chciwe, bez rytmu na pokaz, choć pokaz właśnie trwał. Trzymał mnie za biodra i wbijał kutasa tak głęboko, że czoło znowu stuknęło w szkło. Jęczał nisko, przez zęby, bez pozy. Czułam, jak pęcznieje, jak traci miarę.
Doszedł wbity do nasady, z warknięciem, które przeszło w jęk. Gorące strugi spłynęły w głąb, raz, drugi, trzeci, aż sperma nie miała miejsca i pociekła wokół nasady, ciepła, gęsta, po wargach, po udzie, niżej. Został w środku. Drżał. Oddychał mi w kark.
— Zasłoń — powiedziałam, kiedy głos mi wrócił. Nie bursztyn. Nie koniec nas. Koniec ich patrzenia.
Pociągnął sznurek, zanim zdążyłam powtórzyć. Kotara zjechała. Tamten pokój zniknął. Został jego ciężar, moja mokra dupa i szum krwi w uszach.
Wyjął się powoli. Sperma wypłynęła za nim ciepłym ściekiem. Nie rozwiązywał mnie, bo dziś nie było liny. Były tylko jego ręce, które od razu zeszły z bioder na plecy, płasko, długo, aż kolana przestały mi uciekać.
— Słowo? — spytał cicho, już tamtym pierwszym głosem.
— Nie potrzebuję bursztynu. Wody. I krzesła. I żebyś sprawdził, czy tamci wyszli, zanim otworzysz drzwi. Nikt nie wchodzi. Tak zostało.
Wyszedł na chwilę. Wrócił z wodą i z kocem. Upiłam, rozlałam kroplę na sutek i roześmiałam się ochryple, zaskoczona, że jeszcze mam śmiech po tym, co sama kazałam pokazać.
— Wyszli — powiedział. — Bez gadania. Zasady zostały. Pokaz był twój. Następnym razem też dopiszemy przy stole, jeśli zechcesz powtórzyć albo odwołać.
Usiadłam, goła od pasa w dół, ze spermą stygnącą na udzie, i czułam się cięższa we własnej skórze, nie lżejsza. To mi pasowało.
— Dopisz, że szyba zostaje, jeśli sama przyjdę z tym zdaniem — powiedziałam. — Dziś chcę tylko posiedzieć, aż przestanę drżeć. Bursztyn zostaje mój. I próg też, dopóki go nie oddam.
Skinął, jak przy pierwszej kartce.
— Zielona brama będzie otwarta, kiedy napiszesz.
← Klub za zieloną bramą – część 2