– Nie musisz niczego udawać – powiedział Kamil i odłożył kartkę na stół. – Powiedz, czego chcesz, a czego nie. Jak powiesz „stop”, wyłączamy i kończymy. Bez dyskusji.
Sandra stała w studiu przy Kilińskiego, w obcasach kupionych rano i w sukience zbyt cienkiej na klimatyzację. Za plecami szumiały lampy. Operator poprawiał ostrość. Asystentka, Iga, kładła na skrzynce butelkę wody i ręcznik, jakby to był zwykły dzień pracy, choć stała przed kamerą pierwszy raz.
– Chcę ostro – odparła Sandra i sama się zdziwiła, że głos jej nie zadrżał. – Rżnięcie, nie głaskanie. Ale bez dławienia i bez niczego do tyłka, jeśli nie spytacie w trakcie. I patrzcie mi w oczy, kiedy mówię, że jest za mocno.
Kamil skinął. Miał spokojne ręce i uwagę, która nie uspokaja, tylko sprawdza, czy naprawdę tego chcesz.
– Partner?
– Tomek. Ten z castingów, którego widziałam na korytarzu. Wysoki, z blizną na wardze. Jeśli on też chce.
Tomek wszedł, kiedy Iga otworzyła drzwi. Spojrzał na Sandrę bez sztucznego uśmiechu.
– Chcę – powiedział. – I słyszę „stop”. Jak cię rżnę za mocno, mówisz. Nie będę zgadywał.
– Dobrze.
Ustawili światło na jej twarz. Czerwony punkt na monitorze mrugał, jeszcze nie nagrywał. Sandra czuła, jak sukienka klei się do ud. Nie ze strachu. Z głupiego, gorącego napięcia, które rosło od tygodnia, odkąd wysłała zdjęcie i napisała wprost, że chce spróbować pierwszy raz, że ma być ostro i że chce wiedzieć, że może wyjść.
– Opowiedz, co cię tu sprowadziło – rzucił Kamil. – Nie do kamery. Nam.
– Pracuję w księgowości przy Piotrkowskiej. Liczę cudze faktury i wracam do kawalerki, w której nawet echo jest grzeczne. Chciałam raz zrobić coś, co nie jest grzeczne. I chciałam, żeby ktoś to widział. Nie chodzi o to, żebym robiła to dla braw. Chodzi o to, żebym potem nie mogła sobie wmówić, że tylko mi się wydawało.
Tomek stanął bliżej. Pachniał mydłem i potem, jakby dopiero skończył inne zdjęcie. Dłoń zatrzymała mu się przy jej biodrze, nie dotknęła.
– Mogę?
– Tak.
Położył rękę na sukience. Ciepło przeszło przez materiał od razu. Sandra nie cofnęła się. Patrzyła na jego bliznę i myślała, że za chwilę będzie w niej, a za nim kamera – i że właśnie tego chciała, gdy w nocy nie mogła zasnąć.
– Jeszcze nie nagrywamy – powiedziała Iga. – Najpierw powiedz na głos, co wolno, a co nie. Sandra, powtórz.
– Ostry seks. Możecie mnie rżnąć mocno, od tyłu, na stojąco, na kolanach. Mogę ssać. Mogę dostać po tyłku, jeśli spytacie. Nie chcę dławienia, nie chcę w dupę bez pytania, nie chcę, żeby ktoś z ekipy mnie dotykał poza Tomkiem. Jak powiem „stop”, koniec.
– Słyszymy – odparł operator zza lampy.
Tomek pochylił się do jej ucha.
– A jak powiesz „mocniej”?
– To znaczy mocniej. Nie zgaduj za mnie.
Uśmiechnął się pierwszy raz, krótko, i pocałował ją w szyję. Nie czule. Zęby musnęły skórę. Sandra wciągnęła powietrze. Między udami już było mokro, wstydliwie wcześnie, zanim ktokolwiek zdjął jej majtki.
Kamil uniósł rękę.
– Zapis.
Czerwona lampka przestała mrugać.
Sandra nie patrzyła w obiektyw. Patrzyła na Tomka, kiedy zsunął ramiączko i odsłonił pierś. Sutek stwardniał od chłodu i od kciuka, który przejechał po nim bez ceregieli. Ścisnął. Nie mocno. Sprawdzał.
– Mocniej – powiedziała.
Ścisnął naprawdę. Ból był ostry, ale zaraz zrobiło się ciepło, aż w brzuchu. Sandra syknęła i sama zadarła sukienkę. Majtki miała już przemoczone. Tomek wsunął w nie dłoń, rozchylił ją palcami i znalazł łechtaczkę.
– Kurwa, jaka mokra – mruknął. – Chcesz, żebym cię palcami rozjebał, zanim ci wsadzę kutasa?
– Chcę. Ale nie na długo. Chcę czuć, że mnie pierdolisz, nie że mnie przygotowujesz jak do badania.
Dwa palce weszły w cipkę bez ceregieli. Sandra chwyciła go za ramię. Wnętrze zacisnęło się, mokre i gorące, głośno, kiedy się ruszał. Słyszała własny oddech i cichy szum kamery, i podnieciło ją to bardziej niż sam dotyk: ktoś to widzi, ktoś to zapisuje, a ona nie udaje grzecznej.
Tomek wyciągnął palce, połysnęły, i włożył je jej do ust.
– Liż.
Polizała. Smak własnej cipki, słony i gęsty. Nie odwróciła wzroku.
– Na kolana.
Uklękła na macie, którą Iga położyła wcześniej bez słowa. Tomek rozpiął spodnie. Kutas wyskoczył ciężki, już twardy, z żyłą na spodzie i główką ciemną od krwi. Sandra objęła go dłonią, sprawdziła ciężar i wzięła do ust.
Nie robiła tego pierwszy raz. Ssała pewnie, głęboko, aż koniec stuknął o gardło i oczy zaszły jej łzami. Ślina ściekła na brodę. Tomek złapał ją za włosy – nie szarpał, trzymał – i pchał biodrami w rytmie, który sam dyktował.
– Patrz w górę – rzucił Kamil cicho.
Spojrzała. Łzy, usta rozciągnięte na kutasie, sukienka zadarta na biodrach. Tomek stęknął.
– Jeszcze trochę i spuszczę ci się do gardła. Chcesz tego teraz czy wolisz, żebym cię najpierw zerżnął?
Wyjęła go z ust. Między wargą a główką ciągnęła się nitka śliny.
– Najpierw mnie pierdol. Chcę dojść na kutasie. Potem możesz mi dojść na cycki albo do ust. Jak będziesz kończył, spytaj.
Wstała, odwróciła się i oparła dłonie o stół z kartkami z castingu. Papiery zsunęły się na podłogę. Tomek zadarł sukienkę wyżej, zsunął majtki do kolan i jednym pchnięciem wszedł w cipkę.
Sandra krzyknęła nie z bólu, który kazałby przerwać, tylko dlatego, że była pełna. Kutas rozepchał ją od razu, gruby, gorący, bez zwłoki. Tomek nie zaczął powoli. Złapał ją za biodra i rżnął mocno, krótkimi, głębokimi pchnięciami, tak że stół trzeszczał, a cycki kołysały się pod cienkim materiałem.
– O kurwa – wydyszała. – Tak. Tak mnie jeb. Nie zwalniaj.
– Za mocno?
– Nie. Trzymaj mnie mocniej za biodra.
Palce wbiły się w ciało. Każde wejście było głośnym, mokrym klaśnięciem; cipka brała go do końca i wypuszczała z dźwiękiem, którego nie dało się ładnie nazwać. Sandra czuła, jak wchodzi w nią do końca, jak napięcie zbiera się nisko, ostre, prawie nie do utrzymania. Operator przesunął się bokiem. Kątem oka widziała, że kadruje jej twarz, nie tylko złączone ciała, i właśnie to ją podnieciło.
– Patrzcie – powiedziała zachrypniętym głosem. – Patrzcie, jak mnie rżnie. Pierwszy raz i od razu tak. Chcę, żeby było widać, że chcę.
Tomek nachylił się, przygryzł jej ramię przez sukienkę i nie zwolnił.
– Masz ciasną cipkę. Zaraz cię rozpierdolę, aż będziesz ciekła po udach.
– Niech leci. Nie oszczędzaj mnie.
Wycofał się prawie do końca i wbił znowu. Sandra aż wspięła się na palce. Orgazm nadszedł bez uprzedzenia, falą, która zacisnęła cipkę na jego kutasie tak mocno, że Tomek zaklął i musiał zatrzymać się w niej na sekundę, żeby nie spuścić się od razu. Drżała, kolana miękły, z ust leciało jej tylko „tak, kurwa, tak”, aż fala opadła i została wilgoć cieknąca po wewnętrznej stronie uda.
– Jeszcze – zażądała, ledwo łapiąc oddech. – Nie kończ. Odwróć mnie.
Wyszedł. Ta chwila pustki była gorsza niż pchnięcia. Sandra odwróciła się, zrzuciła majtki z jednej nogi i usiadła na krawędzi stołu, uda szeroko. Sama wyjęła cycki z sukienki, ścisnęła je i podsunęła mu się bliżej.
– Tutaj. Chcę widzieć, jak wchodzisz.
Tomek wszedł znowu, wolniej tylko przy pierwszym pchnięciu, potem wrócił do ostrego rytmu. Sandra objęła go nogami. Kutas ślizgał się w niej głośno, główka trącała miejsce, od którego znowu robiło jej się ciemno przed oczami. Przy każdym wejściu stół uderzał o ścianę. Iga stała przy lampie i nie odwracała wzroku – nie z pożądania, ale ze skupienia: pilnowała, żeby nic nie przekroczyło granicy. To też ją podniecało – granica była, sama jej pilnowała, a w jej obrębie mogła być bezwstydna.
– Po tyłku – rzucił Tomek. – Mogę?
– Dwa razy. Nie więcej.
Klepnął. Dźwięk rozszedł się po studiu, skóra zapiekła, a cipka zacisnęła się na nim tak, że oboje stęknęli. Drugi klaps spadł niżej, w udo. Sandra zaśmiała się krótko, dziko, i przyciągnęła jego twarz do swojej.
– Dość bicia. Teraz mnie dorżnij do końca. Chcę drugi raz.
Rżnął ją tak, że słowa rozsypały się w sam oddech. Czoła się stykały, pot skapywał jej między cycki, jądra obijały się o nią przy każdym wbiciu. Zapach seksu był gęsty: skóra, ślina, mokra cipka, rozgrzany metal lamp. Sandra wsunęła dłoń między ich ciała i potarła łechtaczkę w rytm jego pchnięć. Drugi orgazm przyszedł dłuższy, rozlany, z drżeniem ud i z cipką, która doiła jego kutasa tak mocno, że Tomek aż warknął.
– Kończę – wychrypiał. – Gdzie?
– Na cycki. Chcę widzieć.
Wyszedł w ostatniej chwili. Sandra zsunęła się niżej, uniosła piersi i patrzyła, jak nim trzęsie, jak sperma tryska grubymi strugami na sutki, na mostek, aż na szyję. Ciepła, gęsta, obca, a jednak chciana. Tomek doszedł jeszcze dwa razy; ostatnie krople spadły jej na wargę. Polizała je, nie dla kamery, tylko dla siebie.
Przez chwilę było słychać tylko ich oddechy i cichy wentylator.
– Stop? – spytał Kamil.
Sandra otarła usta wierzchem dłoni. Sukienka była pognieciona, uda lepkie, cycki błyszczały. Serce waliło jej tak, jakby przebiegła Piotrkowską.
– Stop na dziś – powiedziała wyraźnie. – Było tak, jak chciałam. Nie gasicie mi tego uśmiechu żadnym „czy na pewno”. Na pewno.
Kamil skinął. Czerwona lampka zgasła.
Iga podeszła z ręcznikiem i wodą, bez współczucia na pokaz, ze zwykłą uwagą człowieka, który widział, że dotrzymano słowa.
– Jak nogi?
– Trzęsą się. I chcę jeszcze raz, ale nie dzisiaj. Dzisiaj chcę wyjść stąd z tym, co właśnie zrobiłam, i nie tłumaczyć się przed nikim we własnej głowie.
Tomek schował kutasa, nadal ciężko oddychając, i podał jej majtki, które leżały pod stołem.
– Jak będziesz chciała drugi raz, powiedz. Nie zgaduję. Pytam.
Sandra wzięła majtki, nie wkładając ich od razu. Spojrzała na ciemny monitor, na własne odbicie w czarnej szybie: rozchełstana, spocona, ze spermą na piersiach i z miną kobiety, która właśnie przestała być tylko księgową od faktur.
– Powiem – odparła. – I następnym razem też chcę, żeby było ostro. I żebyście słyszeli, kiedy mówię dość.