Wesele w Kazimierzu – część 3

To jest część 3 serii. Zacznij od części 1.

Zasuwka szczęknęła tak sucho, że Zuzanna aż przystanęła z ręką na klamce.

— Dalej — powiedziała, zanim Michał zdążył zapytać. — Nie w tym pokoju. Na dole już nic nie gra. Chcę wyjść, zanim ktoś nas tu znajdzie jak świadkowie przyłapani na gorącym uczynku.

Rafał wciągnął koszulę, nie zapinając jej do końca. Słuchawki zostały na pulpicie, muzyka ucichła jeszcze przed świtem. Z korytarza nie niósł się już bas, tylko czyjś chrapiący oddech za cienkimi drzwiami i skrzypnięcie deski pod gościem idącym boso. Michał narzucił marynarkę na ramiona Zuzanny, tak jak w spichlerzu, i tym razem nawet nie udawał, że robi to z grzeczności.

— Aparat?

— Zostaje na skrzyni. Kto rano go podniesie, pomyśli, że fotografka zasnęła przy winie. — Ścisnęła jego palce. — Rafał, zero zdjęć. I nikogo ze sobą nie ciągniesz. Tylko wy.

— Jasne — powiedział Rafał.

Schodzili cicho, mijając puste kieliszki na stopniach. W sieni pachniało zleżałym zbożem i popiołem z papierosów. Ktoś zostawił but na progu. Zuzanna przeskoczyła go, sukienka otarła się o uda, i aż syknęła, bo między nogami wciąż była od nich lepka. Michał to usłyszał. Nie skomentował. Położył dłoń nisko na jej plecach i poprowadził w bok, nie na parking, tylko ścieżką za spichlerzem, tam gdzie trawę zdeptała obsługa.

— Nad wodę — mruknął. — Albo zostaniemy w krzakach i ktoś nas wytnie latarką.

— Nad wodę — zgodziła się. — Chcę słyszeć rzekę, nie wujka, który szuka drugiego buta.

Szli wąskim zejściem między wierzbami. Piasek wsypywał się do sandałów. Kazimierz spał niespokojnie: gdzieś trzasnęły drzwi, ktoś zaśmiał się na rynku i zgasł. Rafał szedł z tyłu, boso, buty w garści, i co kilka kroków dotykał jej łokcia, jakby sprawdzał, czy nadal jest z nimi, a nie tylko z Michałem. Zatrzymała się przy ostatnim zakręcie, zanim otworzyła się łacha.

— Zasady te same. „Stop” kończy wszystko. Usta, cipka, dupa — tylko jak powiem. Jeśli ktoś zejdzie na brzeg, ubieramy się i idziemy, bez kombinowania, że nas nie widać. Zgoda?

— Zgoda — odparł Michał od razu.

— Zgoda — powtórzył Rafał. — I jeśli któreś z nas odezwie się za cicho, drugie dopytuje. Nie zgadujemy.

Skinęła. Wyszli na piasek. Wisła leżała szeroko, ciemna, z jasną kreską na środku, tam gdzie woda brała pierwsze światło. Łodzie stały przy palach, łańcuchy cicho obijały się o drewno. Po weselnym zgiełku ta cisza uderzyła jak wódka wypita na czczo. Zuzanna zdjęła sandały i weszła po kostki. Zimno szczypało jak ukrop. Roześmiała się krótko, gardłowo, tym samym śmiechem co przy skrzyni.

— Chryste. A ja myślałam, że już mnie nie da się dobudzić.

Michał stanął za nią, nie wchodząc do wody. Marynarka zsunęła się z jej ramion w jego ręce. Pocałował ją w kark, tam gdzie został ślad po zębach, których nawet nie pamiętała.

— Od toastu chcę cię jeszcze raz. Nie w pokoju. Tutaj. Mówiłem, że to nie koniec.

— Mówiłeś, że na skrzyni, od tyłu. — Odwróciła się. Piasek kleił się do mokrych stóp. — Tu nie ma skrzyni. Jest piasek, dwa kutasy i ja, co od godziny udaję, że umiem chodzić.

Rafał parsknął. Usiadł na zwalonej wierzbie, koszula otwarta, i patrzył na nią bez udawania, że sprawdza brzeg.

— Możesz przestać udawać. Nikt tu nie odstawia szopki. Jeśli chcesz tylko posiedzieć i popatrzeć na wodę, siedzimy. Jeśli chcesz, żebym cię rżnął, aż piasek wejdzie ci w kolana, też zostajemy. Tylko inaczej.

Podeszła do niego pierwsza. Stanęła między jego kolanami, ujęła go za brodę i pocałowała wolno, z językiem, smakując resztkę wina i własny pot. Michał został o krok dalej. Czekał. To czekanie, takie samo jak na żelaznym łóżku, rozpaliło ją mocniej niż pośpiech.

— Chcę obu — powiedziała, odrywając usta. — Najpierw mówcie. Potem mnie rozbierzcie. Potem jebcie tak, żebym słyszała wodę i was, a nie własny wstyd.

— Jakiego wstydu? — mruknął Michał i podszedł. — Masz mokrą cipkę i plan. To mi się podoba bardziej.

Rozpiął suwak, który Rafał już raz opuszczał. Sukienka opadła. Zuzanna stała naga na piasku, z ciężkimi cyckami i sutkami twardymi od chłodu rzeki, z udami wciąż błyszczącymi tam, gdzie nie dotarł ręcznik. Nie zasłoniła się. Spojrzała w górę skarpy. Pusto. Ptak zerwał się z wierzby, potem znów cisza.

— Sprawdź, czy znowu jestem wasza — powiedziała do Michała.

Kucnął. Rozchylił ją kciukami i polizał raz, od dołu, szeroko. Zuzanna złapała go za włosy. Drugie liźnięcie weszło między wargi, trzecie zostało na łechtaczce, wolne, dokładne. Była świeżo mokra, nie tylko od tego, co zostało z pokoju. Michał jęknął jej w cipkę, wciskając nos w szparkę.

— Cała. Słodka, słona i nasza. Rafał, chodź, bo za chwilę sam ją tu zjem.

Rafał wstał, rozpiął spodnie i wyjął kutasa. Gruby, ciemny na żołędzi, twardy, choć jeszcze go nie dotknęła. Zuzanna objęła go dłonią, pociągnęła od nasady po czubek, ścisnęła i puściła, żeby zobaczyć, jak drgnie. Potem uklękła. Piasek był zimny, drobny, wchodził pod kolana. Michał rozebrał się do końca i stanął z drugiej strony. Dwa kutasy przed twarzą, rzeka za plecami, wesele gdzieś nad skarpą. Wzięła Michała w usta najpierw, oblizała żołądź, splunęła na trzon i wciągnęła głębiej, aż ślina ściekła jej na brodę. Rafała masowała ręką, mocno, bez ceregieli.

— Kurwa, Zuzia — wychrypiał Michał. — Ssij. Od przysięgi o tym myślę, a i tak jest lepiej.

Puściła go, przeszła na Rafała, wzięła grubszą główkę na język, obeszła ją dookoła i wpuściła głębiej, aż łzy stanęły jej w oczach od samego ssania. Michał tarł jej sutek, potem zszedł dłonią między uda i wsunął dwa palce w cipkę. Cipka mlasnęła. Zuzanna stęknęła z kutasem w gardle i wypchnęła się na jego rękę.

— Dość tych ust — powiedziała, odrywając się, ślina na wardze. — Chcę, żebyście mnie rżnęli. Michał w cipce, na czworakach. Rafał w ustach. Jak przy skrzyni, tylko tu nikt nie krzyczy „gorzko”.

Uklękła szerzej, wypięła tyłek. Michał przytknął kutasa do szparki, przetarł główką, zbierając wilgoć, i znieruchomiał.

— Wchodzę.

— Wchodź. Rżnij mnie. Nie drocz się.

Wszedł jednym długim pchnięciem, do końca. Zuzanna otworzyła usta w niemym jęku, a Rafał skorzystał od razu: podał jej żołądź, wszedł na język, nadał rytm. Michał złapał ją za biodra i zaczął jebać miarowo, głośno. Plaskanie skóry o skórę niosło się nad wodą krócej niż w spichlerzu — rzeka pochłaniała dźwięk i zwracała szum. Każde wejście rozpychało, uderzało w punkt, od którego miękły łokcie. Cycki kołysały się nad piaskiem. Rafał ścisnął jeden, pociągnął sutek.

— Patrz na mnie — powiedział cicho. — I bierz głębiej, jeśli chcesz. Jak za ostro, klepnij mnie w udo.

Klepnęła raz, dla próby. Wyjął się natychmiast. Roześmiała się ochryple i wzięła go z powrotem sama, zachłannie, ślina na brodzie, nos prawie przy brzuchu. Michał sięgnął pod nią, znalazł łechtaczkę i tarł dwoma palcami, szybko, mokro, w tym samym tempie co kutasem.

Orgazm przyszedł ostro, od tego tarcia i od świadomości, że stoi tak nad Wisłą, naga, z sukienką w piasku. Cipka zacisnęła się rytmicznie. Krzyknęła w kutasa Rafała, zduszonym, mokrym dźwiękiem, i musieli ją przytrzymać, bo kolana rozjechały się na piasku.

— Dochodzi — wycedził Michał. — Doi mnie. Jeszcze, Zuzia. Nie kończę.

Nie kończył. Rżnął ją dalej, przez skurcze, głęboko. Rafał wyszedł z jej ust, żeby mogła odetchnąć. Ślina łączyła ich jeszcze przez sekundę.

— Chcę dupę — powiedział. — Wpuścisz mnie nad rzeką tak samo jak w kącie?

— Daj palec. Dużo śliny. Potem tak. Michał zostaje w cipce, dopóki nie powiem „zamiana”. Chcę czuć, jak mnie trzyma, kiedy mnie rozciągasz.

Michał zwolnił, wszedł głęboko i został, pulsując w niej. Rafał ukląkł z boku, napluł jej między pośladki, rozprowadził ślinę kciukiem wokół odbytu i wsunął palec powoli, do knykcia. Zuzanna oddychała przez usta, rozluźniała brzuch, wypinała się na obu. Drugi palec wszedł, kiedy kiwnęła. Rozciągał ją kolistymi ruchami, aż otwór zmiękł.

— Zamiana — wysapała. — Michał, wyjdź. Rafał, w dupę. A ty, Michał, kładź się. Chcę na tobie usiąść cipką, jak już mnie weźmie. Oba naraz. Powoli. Jak na łóżku, tylko piasek zamiast pościeli.

Michał wyszedł z mlaśnięciem. Położył się na marynarce, kutas lśnił od niej, sterczał nad brzuchem. Zuzanna weszła na niego, wzięła go z powrotem w cipkę i nachyliła się, cyckami do jego piersi. Rafał ukląkł za nią. Jeszcze śliny. Jeszcze palec. Potem żołądź przy odbycie.

— Wchodzę.

— Wchodź. Chcę czuć, jak mnie rozpierasz. Obaj.

Najpierw piekło, znajome, ostre od chłodu powietrza. Potem główka minęła opór i wszedł centymetr po centymetrze. Michał nie ruszał się. Trzymał ją za talię i patrzył w twarz.

— Oddychaj. Jestem. Jak powiesz „stop”, wychodzi.

— Nie stop. Głębiej.

Kiedy Rafał był cały, znieruchomiała między nimi, pełna tak, że aż zakręciło jej się w głowie. Woda chlupnęła o pal. Gdzieś na skarpie szczeknął pies i ucichł. Zuzanna roześmiała się cicho w usta Michała.

— Pierdolcie mnie. Wolno. Potem mocniej. Chcę dojść z wami w sobie, nad tą rzeką, i chcę, żebyście się we mnie spuścili. Zgoda?

— Zgoda — powiedział Michał i pchnął w górę.

Rafał cofnął się i wszedł w tyłek w przeciwnym takcie. Złapali rytm: jeden wchodzi, drugi prawie wychodzi. Piasek skrzypiał pod kolanami Rafała, marynarka jechała pod plecami Michała. Zuzanna jęczała im w skórę, sięgnęła między ciała i tarła łechtaczkę, śliską, spuchniętą, bez wstydu.

— Jebana ciasna dupa — warczał Rafał jej w kark. — I cipka, która bierze go całego. Słyszysz wodę? Słyszysz, jak cię rżniemy, kiedy całe wesele śpi?

— Słyszę. Mocniej. Nie wyjmuj. Jebcie mnie, obaj.

Przyspieszyli. Pchnięcia zrobiły się chaotyczne, głębsze, plaskanie głośniejsze niż szum. Zuzanna przestała się hamować. Został jej ciągły, zduszony jęk i słowa, które wychodziły same, brudne, pewne.

— Tak. Głębiej. Dajcie mi wszystko. Chcę waszą spermę. W cipce i w dupie. Zalewajcie.

Drugi orgazm złamał ją w pasie. Zacisnęła się na obu, uda zadrżały, palce wbiły się w ramię Michała. Krzyknęła jego imię, potem Rafała, i od razu schowała twarz w jego szyi, bo dźwięk poleciał nad wodę dalej, niż chciała. Michał zaklął, stracił takt, wszedł do końca i doszedł w cipce, gorąco, długo, trzęsąc się pod nią. Rafał, przygnieciony skurczem, stęknął, wbił się w odbyt i spuścił się strugami, trzymając ją za biodra, aż przestał pulsować.

Zostali tak, spoceni, aż oddechy się wyrównały. Rafał wyszedł pierwszy, ostrożnie. Potem ona uniosła się z Michała. Sperma ciekła z cipki na jego brzuch i z odbytu cienką, ciepłą strugą na uda. Zuzanna klęknęła między nimi na piasku, oparła czoło o udo Michała i roześmiała się cicho, ochryple.

— Ktoś ma chusteczkę, czy mam wejść do Wisły z waszą spermą na nogach?

Rafał podał paczkę z kieszeni spodni, które leżały przy wierzbie. Michał usiadł, wytarł ją sam, od ud do pośladków, bez pośpiechu i bez wstydu, jak po toastach. Pocałował kolano. Potem usta, długo, smakując ją i siebie.

Światło rozlało się już na wodzie. Zuzanna wciągnęła sukienkę, nie zapinając suwaka do końca. Usiedli we troje na zwalonej wierzbie, boso, z marynarką pod udami, i patrzyli, jak łacha robi się srebrna. Nikt nie schodził. Pies nie wrócił.

— To był świt, nie koniec — powiedziała, splatając palce z palcami Michała, a drugą dłoń kładąc na udzie Rafała. — Wracamy osobno. Ja po aparat. Wy tak, żeby panna młoda nie pytała, czemu świadkowie pachną rzeką. Jeśli wieczorem któreś z was napisze „dalej”, odpiszę. Jeśli nie, zostało wesele i ta łacha. I tyle.

— Napiszę — powiedział Michał.

— Ja też — dodał Rafał. — Bez zdjęć. I bez ściągania kogoś trzeciego, chyba że sama powiesz.

Zuzanna wstała, poprawiła sukienkę i ruszyła pierwsza pod górę, w stronę spichlerza, gdzie na skrzyni po jabłkach czekał aparat. Nie oglądała się. Wiedziała, że idą za nią w pewnej odległości, jak dwaj mężczyźni, którzy słyszeli „stop” i „dalej” i umieli odróżnić jedno od drugiego.

← Wesele w Kazimierzu – część 2

Przeczytaj też