Mamuśka z siłowni

– Jeszcze trzy. I nie odstawiaj ciężaru, jakbyś się bał, że cię zje.

Głos Renaty dochodził znad głowy, z boku ławki, tuż przy uchu. Stała nade mną w czarnym topie, który ledwo trzymał cycki, i liczyła powtórzenia tak, jakby od tego zależał jej etat. A etat miała od dawna. a wychodzili z myślą o jej tyłku.

Sztanga zatrzęsła mi się w dłoniach. Nie od ciężaru.

– Patrzysz w sufit – powiedziała. – Łokcie. I oddech. Nie w pierś.

– Patrzę, gdzie mi każesz.

– Kłamiesz.

Uśmiechnęła się kącikiem ust. Raz, przy rozciąganiu, rzuciła, że ma syna w moim wieku i też udaje, że nie gapi się na kobiety w legginsach. Syn mieszkał w Gdańsku. Mąż dawno wypadł z opowieści, został tylko pierścionek, który przed treningiem zdejmowała i chowała do saszetki. Miałem etat w biurze przy Grzegórzkach i karnet kupiony tylko po to, by ta kobieta co wtorek kładła mi dłoń na mostku i mówiła: niżej, Bartku, nie w klatkę, w brzuch.

Dłoń leżała tam i teraz. Ciepła, sucha, z paznokciem pomalowanym na bordowo. Przez koszulkę czułem każdy palec.

– Wypchnij – szepnęła. – I nie stękaj tak, jakbyś mnie już rżnął. Sala nie jest zamknięta na klucz.

Słowo weszło głębiej niż sztanga. Odłożyłem ją na stojaki. Serce waliło. Między nogami zrobiło się ciasno, głupio, tak że w krótkich spodenkach nie dało się tego ukryć.

Renata spojrzała w dół. Bez pośpiechu. Bez udawania, że nie widzi.

– No proszę. Po ośmiu tygodniach wreszcie uczciwa reakcja.

– Przepraszam.

– Za co? Za kutasa? – Nachyliła się, aż cycki prawie otarły mi się o ramię. Pachniała potem, cytrusowym żelem i czymś cieplejszym, tylko jej. – Przepraszaj, jak zrobisz coś źle. To robisz dobrze. Wstawaj. Rozciąganie. Sala z tyłu, ta z lustrami. Zamknij za sobą.

Poszedłem. Kolana miałem miękkie nie od przysiadów.

Pokój był pusty, światło przygaszone, bo o dwudziestej pierwszej klub już pustoszał. Lustro odbijało bieżnię, piłki i mnie: spoconego, z kutasem wypychającym spodenki. Renata weszła za mną i przekręciła zamek. Cicho, ale sprawa była jasna.

– Możesz wyjść – powiedziała, oparta o drzwi. – Albo zostać i przestać udawać, że płacisz mi za technikę martwego ciągu. No mów.

– Zostaję.

– Głośniej.

– Zostaję. Chcę cię. Od pierwszego treningu chcę cię rżnąć, Renata.

Skinęła głową, jakby odhaczyła kolejne powtórzenie.

– Dobrze. Ja też cię chcę. Ale słuchasz mnie tak samo jak przy sztandze. Jak powiem stop, stop. Jak powiem mocniej, mocniej. Zgoda?

– Zgoda.

Podeszła i ściągnęła mi koszulkę przez głowę. Paznokcie przejechały po brzuchu, zatrzymały się na gumce.

– Ładnie cię te tygodnie ułożyły – mruknęła. – A i tak najbardziej lubię to, co miałeś od początku.

Wsunęła dłoń w spodenki i objęła kutasa. Nie delikatnie. Pewnie, od nasady, kciukiem po główce, już wilgotnej. Syknąłem. W lustrze widziałem jej nadgarstek znikający w materiale i własne rozchylone usta.

– Twardy jak trzeba – powiedziała z satysfakcją. – Cały czas, jak liczyłam powtórzenia, myślałam, czy wejdzie we mnie do końca. Myślę, że tak. Sprawdzimy.

Zdjąłem jej top. Cycki wypadły ciężkie, naturalne, z ciemnymi sutkami, już twardymi. Wziąłem jednego do ust, ssałem, lizałem, drugą dłonią ugniatałem drugi. Renata westchnęła nisko, bez cienia dziewczyńskości, i przycisnęła moją głowę mocniej.

– Zęby lekko. O, tak. Ssij. Lubię, jak mężczyzna nie obchodzi się z nimi jak z jajkiem.

Czułem na niej smak soli. Język krążył wokół sutka, potem brałem go głębiej, aż pierś wypełniała mi usta. Jej dłoń nie puszczała kutasa, sunęła wolno od nasady do żołędzi i rozsmarowywała wilgoć. Drugą ręką rozpięła mi spodenki. Spadły. Stałem goły na macie, a ona wciąż w legginsach, które opinały jej dupę tak, że od tygodni waliłem pod prysznicem właśnie na ten widok.

Uklęknąłem. Ściągnąłem jej buty, skarpety, potem legginsy razem z majtkami. Między udami miała ciemne, przycięte włosy i cipkę już błyszczącą. Zapach uderzył od razu: ostry, słodkawy, prawdziwy. Rozsunąłem jej kolana i wsunąłem twarz między nie.

– Kurwa – szepnęła, gdy język rozdzielił wargi. – Od razu tam. Grzeczny chłopiec.

Lizałem ją długo. Najpierw wolno, od dołu do łechtaczki, zbierając smak na języku. Potem szybciej, płasko, aż biodra zaczęły jechać po mojej twarzy. Wsadziłem dwa palce, znalazłem to miejsce w środku, o którym mówiła przy martwym ciągu”, i masowałem je, ssąc łechtaczkę. Renata złapała mnie za włosy.

– Nie przerywaj. Jeszcze. Jeszcze, Bartku, jeszcze, ja…

Doszła z gardłowym stęknięciem. Uda zacisnęły mi się na uszach, cipka zaciskała się na palcach, mokra aż po nadgarstek. Nie odsunąłem się, dopóki nie odepchnęła mnie drżącą dłonią.

– Wystarczy. Bo zaraz zemdleję, a ja chcę kutasa, nie karetki.

Wstała, odwróciła mnie do lustra i pchnęła na ławkę. Uklękła między moimi kolanami. Przez chwilę tylko patrzyła na kutasa, jakby oceniała sprzęt.

– Gruby – stwierdziła. – I już cieknie. Posłuszny.

Wzięła go do ust bez wstępu. Ciepło, ślina, język pod główką, potem głębiej, aż nos prawie dotknął brzucha. Zakrztusiła się raz, cofnęła, splunęła na żołądź i weszła znowu, wolniej, ręką obejmując to, czego nie objęły usta. Patrzyłem w lustro: dojrzała kobieta, spocona, z cyckami kołyszącymi się przy każdym ruchu głowy, z moim kutasem znikającym między wargami. Drugą dłonią trzymała jądra, delikatniej, toczyła je w palcach.

– Renata, jak tak dalej, spuszczę ci się do gardła.

Puściła mnie z mlaśnięciem. Nić śliny połączyła jej wargę z główką.

– Nie dzisiaj do gardła. Dzisiaj chcę cię w cipce. I chcę widzieć twoją minę, jak wchodzisz.

Wstała, oparła dłonie o lustro i wypięła dupę. W odbiciu widziałem jej twarz, rozchylone usta, ciężkie cycki, a niżej cipkę, czerwoną od mojego języka, otwartą.

– Wejdź. Powoli na początek. Potem tak, jakbyś miał mnie pierdolić, a nie przepraszać.

Stanąłem za nią. Główka rozchyliła wargi, śliskie, gorące. Wchodziłem centymetr po centymetrze, aż biodra oparły się o jej tyłek. Ciasno. Mokra. Wnętrze zaciskało się wokół mnie, jakby chciało wciągnąć głębiej.

– O ja pierdolę – wyrwało mi się.

– Ruszaj się.

Zacząłem pchać. Najpierw długo, do końca: prawie całkiem wychodziłem i wchodziłem z powrotem. Plaśnięcia ciała o ciało niosły się po pustej sali. Renata patrzyła na mnie w lustrze, zęby na wardze, nie z tiksu, tylko dlatego, że naprawdę gryzła, żeby nie krzyczeć za głośno.

– Mocniej – powiedziała. – Nie oszczędzaj mnie. Mam dupę, nie jestem z waty.

Złapałem ją za biodra i rżnąłem naprawdę. Kutas wchodził głośno, mokro, przy każdym pchnięciu cycki obijały się o siebie, a tyłek falował. Pochyliłem się, jedną ręką sięgnąłem do łechtaczki i tarłem ją kółkami, drugą złapałem pierś, sutek między palcami.

– Tak, kurwa, tak – charczała. – Głębiej. Czuję cię przy samym końcu. Jebaj mnie, Bartku. Jebaj tę cipkę, po którą tu przychodzisz.

Słowa prawie mnie wykończyły. Zwolniłem, wyszedłem, odwróciłem ją i posadziłem na ławce, nogi szeroko, pięty na krawędzi. Chciałem widzieć, jak w nią wchodzę. Rozchyliłem wargi palcami i wsunąłem kutasa znowu, patrząc, jak znika w różowym, lśniącym wnętrzu. Renata złapała własne cycki, uniosła je, lizała sutek i nie spuszczała ze mnie wzroku.

– Podoba ci się? – wydyszała. – Patrz, jak twoja trenerka bierze kutasa. Całego. Aż po jaja.

Pchałem ostro, kciuk na łechtaczce. Pot kapał mi z brody na jej brzuch. W sali pachniało seksem, gumą od mat i jej mokrym ciałem. Jęczała już bez hamulca: imię, przekleństwa, „jeszcze”, „nie przestawaj”, „o właśnie tam”.

– Dojdę – ostrzegła. – Zostań w środku. Rżnij przez to. Chcę dojść na kutasie, nie na palcach.

Przyspieszyłem. Cipka zacisnęła się nagle, mocno, rytmicznie, i Renata krzyknęła, krótko, ochryple, a paznokcie wbiły mi się w przedramię. Nie wyszedłem. Pchałem przez skurcze, czułem, jak zalewa mnie wilgocią, jak drżą jej uda, jak sutki twardnieją jeszcze bardziej.

Kiedy opadła, ciężko oddychając, uśmiechnęła się tym swoim treningowym uśmiechem.

– Teraz ty. Gdzie chcesz?

– W tobie.

– To spuść się we mnie. Biorę tabletki, mówiłam ci przy ankiecie zdrowotnej, pamiętasz? Chcę czuć, jak dochodzisz. Dawaj.

Wróciłem do ostrego tempa. Ciało miała rozluźnione i wciąż czułe, każdy ruch wyciągał z niej cichy jęk. Patrzyłem, jak jaja obijają się o jej tyłek, jak cipka rozciąga się wokół kutasa, na twarz kobiety, która przez dwa miesiące kazała mi robić deski i ani razu nie dała po sobie poznać, że wyobraża sobie właśnie to.

– Renata…

– No. Lej. Chcę tego.

Doszedłem głęboko, z warknięciem, które odbiło się od lustra. Kutas pulsował, sperma szła falami, a ona zacisnęła uda i trzymała mnie w sobie, dopóki nie zostało we mnie ani kropli. Osunąłem się na nią, czoło przy obojczyku. Oboje mokrzy, zdyszani, lepcy.

Przez chwilę było tylko bicie serc i wentylacja klubu.

Renata pogłaskała mnie po karku, prawie tak jak po ciężkiej serii.

– Wyjdź powoli.

Wyszedłem. Sperma pociekła z niej na ławkę, gęsta, zmieszana z jej wilgocią. Przejechała palcami po udzie, uniosła je i oblizała, patrząc mi w oczy.

– Czuję na tobie smak treningu – powiedziała. – Weź ręcznik z kosza. I wytrzyj ławkę, bo za godzinę jest tu joga, a ja nie zamierzam tłumaczyć instruktorce, skąd plamy.

Roześmiałem się, nadal miękki w kolanach. Wytarłem. Ona wciągnęła legginsy bez majtek, top, związała włosy. W lustrze znowu wyglądała jak trenerka. Tylko usta miała ciemniejsze, a kiedy szła, między udami było widać, że niesie to w sobie.

Przy drzwiach zatrzymała się.

– Wtorek, ta sama godzina – powiedziała. – Przysiady. A potem, jeśli znów będziesz twardy przy ostatniej serii, zamkniemy tę salę i sprawdzimy, czy umiesz rżnąć na stojąco bez trzymania się lustra. Zgoda?

– Zgoda.

Odblokowała zamek. Na korytarzu śmierdziało chlorem z szatni i czyimś szejkiem proteinowym. Renata klepnęła mnie w tyłek, krótko, po trenersku.

– I następnym razem nie przepraszaj za kutasa, Bartku. Masz go używać. Tak jak dzisiaj.

Przeczytaj też